• Strona główna
  • O mnie
  • Kontakt i współpraca

Bookchilling

BLOG KSIĄŻKOWY

  • Recenzje
  • Literatura rosyjska
  • O tych co w cieniu


Witajcie kochani!
Kolejny miesiąc wakacji minął, a ja cieszę się jak mała dziewczynka, że w zapasie mam jeszcze jeden, który znowu poświęcę na to co tygryski lubią najbardziej czyli książki. Sierpień był miesiącem, w którym chcenie przeplatało się z kompletną bezsilnością i znudzeniem. Jednego dnia potrafiłam pochłonąć pół książki, a drugiego wegetowałam wpatrując się w ścianę. 

Przejdźmy jednak do konkretów!

W sierpniu udało mi się przeczytać  7 książek i 2 ebooki :
  1.    Czerwona Królowa Victoria Aveyard  (recenzja)
  2.     Szklany Miecz Victoria Aveyard
  3.   Historia Pszczół Maja Lunde (recenzja)
  4.   Sny Morfeusza  K.N. Haner
  5.   Petersburg Noir praca zbiorowa (recenzja wkrótce!)
  6.     Szczygieł  Donna Tartt  (recenzja)
  7.      Ekspedycja James Rollins
  8.     Maybe Someday Colleen Hoover  (recenzja)
  9.     Na granicy zmysłów Przemysław Kossakowski (recenzja wkrótce!)

Łącznie przeczytałam w sierpniu  4 377 stron.

Sierpień był miesiącem wstrzemięźliwym, ponieważ sama nie kupiłam ani jednej książki. Otrzymałam natomiast 2 książki od brata:
  1.  Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet Stieg Larsson
  2.   Shantaram George David Roberts


Jestem naprawdę zadowolona z ilości przeczytanych książek, bo sądziłam, że będzie o wiele, wiele gorzej. Jak widać wyszłam z sierpnia z twarzą :3 Nie wiem jakim miesiącem będzie dla mnie wrzesień, jednak z pewnością zacznę go od lektury „Małego Życia”. Niesamowicie intryguje mnie ta książka. Wiem, że zdania na jej temat są podzielone. Zapadło mi w pamięć tylko stwierdzenie, że jest ona „walcem emocjonalnym”. Strach się bać! :D

W tym miesiącu rozpoczęłam również autorski cykl O tych co w cieniu (klik). Zamysł jest mianowicie taki, aby przynajmniej raz w miesiącu, na blogu, pojawiła się notka nawiązująca do tematu tłumaczenia i samego zawodu tłumacza. Zobaczymy co to będzie :3

Wrzucam również krótkie instagramowe podsumowanie. Link do mojego IG znajdziecie na dole strony <3 















Strona główna
6
Share


Nie wiem dlaczego sięgając po trzecią z kolei książkę Colleen Hoover łudziłam się, że czeka mnie coś lekkiego, łatwego i przyjemnego. Mogłam się przecież spodziewać, że autorka po raz kolejny będzie w precyzyjny sposób grała na uczuciach czytelnika, pozwalając mu balansować na granicy płaczu.

Znajomość Ridgea i Sydney rozpoczyna się od balkonu. Od rozmów, w których na głos nie pada żadne słowo, a cisza wypełnia się muzyką. Ridge to geniusz gry na gitarze, cierpi jednak na blokadę twórczą i nie jest w stanie wypełnić melodii tekstem. Sydney to dziewczyna, która prowadzi uporządkowane i spokojne życie, w którym jest czas zarówno na chłopaka jak i studia oraz pracę. Ich drogi przecinają się kiedy Ridge widzi Sydney, siedzącą na balkonie śpiewającą do granej przez niego piosenki. Jest to początek znajomości, w której muzyka przeplata się ze szczęściem i cierpieniem, a powiedzenie: serce nie sługa nabiera tutaj nowego znaczenia.
Kiedy ostatniej nocy trzymałem ją za rękę, uświadomiłem sobie, że nic na tym świecie nie powstrzyma mojego serca od tego, by czuło to, co czuje.
Z ręką na sercu muszę przyznać, że zakochałam się w tej historii. Jest jedyna w swoim rodzaju, niebanalna i wciągająca. Magicznym dla mnie, okazał się cały proces zakochiwania się w sobie głównych bohaterów. Zaplątałam się w niego tak mocno, że skurcze serca i żołądka w trakcie czytania książki nie były niczym dziwnym.
Bohaterowie których stworzyła autorka tylko wzbogacają całość. Nie znajdziecie tam nikogo nadmiernie irytującego. Każdy z nich zapadnie Wam głęboko w pamięć i w serce. Docenicie ich otwartość, siłę z jaką stawiają czoła wszelkim problemom. Pokochacie ich pełną miłości i poświęcenia postawę. Wspólnie z nimi będziecie cierpieć i płakać.
Maybe someday to książka, której strony aż kipią różnymi uczuciami. Rozpoczynając od smutku, złości i zwątpienia poprzez poświęcenie, zaufanie, a kończąc na przyjaźni i miłości. Miłości, która często nie potrzebuje żadnych słów, aby głęboko brzmieć w naszym sercu.  To opowieść o poświęceniu siebie i swojego szczęścia dla drugiej osoby. Wiele z tych uczuć zapisana została między innymi  w piosenkach, gdyż muzyka stanowi ogromną część tej książki.
...ludzie nie wybierają, w kim się zakochują. Mogą jedynie wybrać, kogo dalej będą kochać.
Colleen Hoover w swoich książkach nigdy nie idzie łatwiznę. Nie daje czytelnikowi błahej historii, którą ten przegryzie popijając kawą. To nie jest opowieść na jedną łzę, którą otrzemy pod koniec, wstaniemy i pójdziemy robić pranie. To nie jest historia, w której jasno faworyzujemy jedną ze stron, wznosząc  zuchwałe modły, aby główna postać podjęła koniecznie taką decyzję.  To około 300 stron trudnych decyzji i próby wygrania z czymś tak nieposkromionym jak miłość.

Strona główna
0
Share

Ten obraz sprawiał, że czułem się mniej śmiertelny, mniej zwyczajny. Był wsparciem i zadośćuczynieniem; był pożywieniem i sumą. Był filarem, który podtrzymywał całą katedrę.
Wydawało mi się, że jeśli w swoim życiu natknę się na książkę, która w mojej opini będzie idealna, to pokazanie jej zalet i niejako zareklamowanie jej będzie pestką. Z pozoru banalne zadanie urosło do rangi ogromnego problemu, bo od 5 minut moje dłonie wiszą nad klawiaturą, usilnie próbując ubrać w słowa kłębiące się w głowie myśli. Zobaczmy więc co z tego wyjdzie…

Theo Decker ratuje się z wybuchu, do którego doszło w muzeum. Wykrada stamtąd ulubiony obraz matki, która ginie w tym zamachu. Szczygieł towarzyszy Theo w jego życiowej podróży. Chłopak, a później już mężczyzna wiedziony dziką fascynacją próbuje chronić obraz, jednocześnie drżąc w obawie przed jego utratą i konsekwencjami jakie może ponieść.
(…) dobro nie zawsze wynika z dobrych uczynków, a złe uczynki nie zawsze są skutkiem zła, prawda?
Pokochałam Szczygła przede wszystkim za lekkość z jaką przyszło mi go czytać. Tutaj ukłon w stronę tłumacza - Jerzego Kozłowskiego, który wykazał się ogromnym kunsztem podarował nam fantastyczną historię, która trafi do niemal każdego odbiorcy. W książce zachwyciło mnie również odwołanie do Idioty Dostojewskiego, które stanowiło przykre podsumowanie ludzkiej chęci czynienia dobra. Chęci z której czasami może wyniknąć więcej zła niż ze złych uczynków, których dopuszcza się człowiek.
Bo mówię Ci … - powiedział, czubkiem buta trącając torbę – świat jest dużo dziwniejszy, niż wiemy lub nam się wydaje. I wiem, jak myślisz, jak lubisz myśleć, ale może w tym jednym przypadku nie możesz sprowadzić wszystkiego do czystego „dobra”  lub czystego „zła”, tak jak zawsze byś chciał…? (…) Może to nie takie proste.
Nie minę się z prawdą jeśli stwierdzę, że Donna Tartt pisząc Szczygła, dała społeczeństwu encyklopedię człowieka. Na kartach książki czytelnik pozna bohaterów od podszewki. Na światło dzienne wyjdą ich najgłębiej skrywane lęki, najciszej wypowiadane myśli i największe pragnienia. Trudno nie dać się wciągnąć w losy bohaterów, nawet tych, którzy pojawiają się w powieści tylko na chwilę, aby odegrać epizodyczną rolę i odejść w niebyt. Do niektórych z nich się przywiązujemy, a drugich wolelibyśmy nigdy nie poznać. Moim faworytem wśród bohaterów był Boris, przyjaciel Theo. Urzekł mnie przede wszystkim tym, że był typem spod czarnej gwiazdy, którzy czerpie z życia pełną piersią, właściwie niczego nie żałując. Borys pojawił się w życiu Theo wtedy kiedy on najbardziej tego potrzebował i choć ich przyjaźń można uznać za toksyczną ( w końcowej części książki nawet bardziej niż na początku) to stanowiła dla głównego bohatera ogromne wsparcie. Przede wszystkim jednak była ucieczką ( lub jedynie jej próbą od problemów), z którymi prędzej czy później, Theo musiał się zmierzyć.
Wielki smutek, który dopiero teraz zaczynam pojmować: nikt nie wybiera własnego serca. (…) Nie wybieramy tego, jacy jesteśmy.
Szczygieł to piękna opowieść o odkrywaniu i uczeniu się siebie. O szukaniu sensu życia kiedy ma się wrażenie, że dawno się go straciło i nikt, ani nic nie jest w stanie nam go zwrócić. To opowieść o wielu próbach odnalezienia się w społeczeństwie oraz szukaniu swojego miejsca na ziemi. To wiele emocji, milion uczuć i jeszcze więcej bolesnych skurczy serca, których zwyczajnie należy doświadczyć.

Strona główna
0
Share

...czyli dlaczego nie zwracamy uwagi na tłumaczy?


Moi kochani!

Jako studentka filologii rosyjskiej, która swoją przyszłość w pewnym stopniu planuje połączyć z tłumaczeniem, nie byłabym sobą gdybym nie zaczęła Wam truć właśnie o sprawach dotyczących przekładu.

Z przykrością doszłam do wniosku, że aż do momentu mojego pójścia na studia i uczestnictwa we wspaniałych zajęciach z teorii i praktyki przekładu, nie zwracałam najmniejszej uwagi na nazwiska tych cichych aniołów czyli właśnie tłumaczy literatury pięknej. Z trwogą myślę co by było gdyby tłumaczy jednak…nie było. Żadnego Hamleta, Romea i Julii, Igrzysk Śmierci czy (o zgrozo!) Harrego Pottera w języku polskim!

Bardzo często (sama się na tym przyłapuje) pisząc czy chociażby rozmawiając o książkach mówimy: styl tego autora jakoś do mnie nie przemawia, ciężko się czyta, nie mogłam /mogłem się wgryźć , połknęłam/em ją w jeden dzień, szybko się ją czyta. Może tylko ja tak miałam, ale strasznie zmartwiło mnie, gdy uświadomiłam sobie, że tak naprawdę to nie czytałam Harrego Pottera pani J.K. Rowling tylko pana  Andrzeja Polkowskiego, który to przełożył na język polski całą serię o czarodziejach.

Nie staram się przywrócić chwały wszystkim biednym i poszkodowanym tłumaczom, o których nikt nigdy nie słyszał. Powiecie przecież, że to ich praca i doskonale wiedzieli na co się piszą. I ja w 100% się z Wami zgadzam! Tłumacze, nie tylko pisemni, ale przede wszystkim  ustni,(bo to od nich wszystko wzięło swój początek) zazwyczaj stali z boku. Do dzisiaj za główną umiejętność tłumaczy ustnych uważa się zdolność wtapiania w tło. Taka już ich rola od setek lat i raczej to nie ulegnie zmianie. Wybierając właśnie ten zawód tłumacz zdaje sobie sprawę, że autor zawsze będzie od niego ważniejszy i to właśnie jego nazwisko będą wymieniać czytelnicy. 

Nie uważam jednak, że powinniśmy o tłumaczach w zupełności zapomnieć, bo to oni w głównej mierze decydują o ostatecznej formie w jakiej trafi do nas dana książka. Jeśli tłumacz nie należy do tych z górnej półki (bo umówmy się, nie każdy tłumacz jest mistrzem) , brak mu polotu, wyobraźni i odpowiedniej dozy kreatywności to nasze szanse na dostanie bestsellera walą się na łeb na szyje. 

Pamiętajmy o tłumaczu szczególnie w momencie kiedy książka którą dostajemy do rąk nam się nie podoba i nie chodzi tyle o jej temat, ale o trudność w przebrnięciu przez treść. Ciężko nam się wgryźć w fabułę i jakoś do nas nie przemawia. Możliwym wtedy staje się to, że to tłumacz, mówiąc krótko, zawalił. W takiej sytuacji nie zniechęcajmy się do autora, bo może jest Bogu ducha winien. W takim wypadku można sięgnąć po oryginał (jeśli to możliwe) i przekonać się, niejako u źródła, czy problem leży po stronie autora czy jednak po stronie tłumacza.

Na koniec opowiem krótką opowieść zasłyszaną od jednego z wykładowców na mojej uczelni. Opowiedział nam o pewnej książce, którą czytał jako dziecko. Uwielbiał ją, przez długie lata kojarzyła się mu z dzieciństwem. Kiedy sam założył swoją rodzinę kupił egzemplarz tej książki swojemu synowi. Widział jednak ze smutkiem, że syna zbytnio nie porwała lektura i leży zapomniana na półce. Zrobił mu więc krótki wykład o tym, że nie docenia pięknej historii. Syn odrzekł, że strasznie ciężko czyta się mu tę książkę i nie jest w stanie przez nią przebrnąć. Mój wykładowca nie chcąc dowierzać w słowa syna, wciąż mając w pamięci tę porywającą opowieść swoich młodzieńczych lat, zgarnął z półki z lekka już zakurzoną książkę. Przyznał się nam, że po jednym rozdziale musiał ją odłożyć i przyznać rację  swojemu synowi. Książka była wprost zmasakrowana. W czym zawierała się różnica? Otóż tylko i jedynie w dwóch różnych tłumaczeniach. Jedno wzbogaciło lekturę lub po prostu oddało treść oryginału, drugie natomiast odwrotnie.


A jak jest z Wami, drodzy czytelnicy? Zwracacie uwagi na tłumaczy? :)

Strona główna
1
Share

Okładka, która urzeka każdego. Temat, niezmiernie ważny z punktu widzenia ekologicznych problemów XXI wieku. Ostrzeżenie, skierowane do wszystkich razem i każdego z osobna. Wskazówka, której odczytanie może zaważyć na losach ludzkości. Po prostu Historia Pszczół.

W powieści przedstawione są trzy historie. Każda z nich rozgrywa się w innym czasie. Trzy historie, dla których tłem są pszczoły i sposób w jaki funkcjonują w ekosystemie. Na główny plan wysunięci są jednak bohaterowie. Przeciętni ludzie, którzy borykają się z różnymi problemami. Najczęściej dotyczą one więzi rodzinnych, które niezależnie w jakim czasie znajduje się człowiek, zawsze lubią się komplikować.

Przyznaję się bez bicia, nie lubię owadów. Żadnych. Gdy tylko słyszę gdzieś jakieś bzyczenie to odstawiam dziwne tańce połamańce niczym Indianin  wokół ogniska. Panicznie boję się wszelkich małych latających stworzonek i zawsze przechodzą mnie dreszcze gdy się na nie natykam. Po lekturze powieści Mai Lunde obiecałam sobie jednak  ( i obietnicy zamierzam dotrzymać), że z mojej ręki żadna pszczoła nie dozna krzywdy. Nabrałam takiego szacunku do tych stworzonek (co więcej!), dreszcze mnie przechodzą gdy pomyślę sobie, że mogłabym przyłożyć rękę do stanu świata opisanego przez autorkę w jednej z trzech historii.

Powieść Mai Lunde to książka, która zmusza do refleksji. Refleksji dotyczącej nie tyle współczesnej sytuacji ekologicznej , (chociaż zdecydowanie nie należy umniejszać ważności tego tematu), ale przede wszystkim więzi międzyludzkich. Sama autorka wspomniała w wywiadzie, że Historia Pszczół to książka o ludziach. Czuję, że należałoby  również dodać, że dla ludzi. Może nie jest to powieść przy której wylejecie morze łez, a lekturę skończycie otoczeni toną chusteczek, ale myślę, że to zbiór cennych uwag, które każdy z nas może, a nawet powinien wziąć sobie do serca.

Autorka na pierwszy plan powieści wysuwa więzi, które wiążą nas z rodziną. W końcu to pierwszy etap życia człowieka, który przygotowuje (bądź stara się przygotować) nas do współegzystowania z resztą społeczeństwa. Niezależnie od czasów w jakich znajduje się człowiek, więzi rodzinne zawsze stanowiły dla niego pewnego rodzaju wyzwanie. Z trudem przychodzą szczere rozmowy, brak nam umiejętności słuchania drugiego człowieka , nie umiemy powstrzymać się przed stawianiem swoich racji wyżej od zdania innych. A niespełnione marzenia rodziców? Te, które usilnie próbują przerzucać na dziecko, które ma robić dokładnie to co znajdowało się poza zasięgiem jego matki czy ojca w czasach ich młodości. Brzmi znajomo?

Rodzina nie jest jedynym tematem, który porusza autorka Historii Pszczół. To powieść o pasji, marzeniach, dążeniu do doskonałości, które czasami bywa zgubne. Bardzo pasujące będą słowa Doubledora, które dyrektor Hogwartu wypowiedział do Harrego: „Naprawdę niczego nie daje pogrążanie się w marzeniach i zapominanie o życiu.” Chcemy piąć się po szczeblach kariery, coraz wyżej i wyżej, zapominając o naszych bliskich. Przestajemy pielęgnować to co stanowi powód całego wysiłku.

Zapytacie pewnie: No fajnie. Więzi więzami, pasja pasją, no a…gdzie te pszczoły? Pszczoły są. Co więcej, stanowią przedmiot całego zamieszania. Są motorem, który napędza akcję. Są tłem całej historii. Czytając książkę przyłapałam się na wyszukiwaniu analogii między życiem jakie prowadzą pszczoły, a życiem jakie wiedzie człowiek. Znalazłam kilka. Z bólem przyznaję, że niektóre więzi jakie pszczoły mozolnie budują między sobą są znacznie bardziej stabilne i doskonalsze niż ludzkie.


Zachęcam Was wszystkich do sięgnięcia po tę pozycję. To książka z której można wiele wynieść (i nie chodzi mi tu o miód!), wiele zrozumieć. To historia, która otworzy Wam oczy, będzie ostrzeżeniem i wskazówką jak dbać o więzi, uczucia i o otaczający nas świat. 

Strona główna
1
Share



Książka, która zrobiła furorę. Pozytywnym recenzjom, komentarzom i opiniom nie było końca. Odważne połączenie koncepcji Igrzysk Śmierci z X-menami. Książka, która przyniosła popularność autorce rozsławiając ją w czytelniczym światku. Kolejna opowieść o jednostce, której celem jest zburzenie dotychczasowego ładu panującego w ojczystym kraju.

Norta to kraj zamieszkiwany zarówno przez Srebrnych jak i Czerwonych. Różnica między jednymi, a drugimi nie wydaje się duża, a leży ona jedynie w kolorze krwi. Srebrny kolor wiążę się z nadprzyrodzonymi umiejętnościami, które pozwalają Srebrnym utrzymać władzę w kraju. Arystokraci silną ręką trzymają w ryzach Czerwonych, bez mrugnięcia okiem wysyłają ich na wojnę, którą Norta prowadzi z sąsiednim państwem. W całym tym zamieszaniu poznajemy jedną z Czerwonych czyli  Mare Barrow, która już za niedługo ma trafić na front wraz ze swoimi rówieśnikami. Chcąc uratować swojego przyjaciela przed służbą wojskową  trafia na dwór Srebrnych, gdzie wychodzi na jaw, że Mare również posiada nadprzyrodzone umiejętności i staje się „dziewczyną od błyskawic”. Od dawna nie podoba się jej sposób w jaki traktowani są pozostali Czerwoni, wstępuje więc w konszachty ze Szkarłatną Gwardią, która dąży do rewolucji.

Pierwsza część trylogii Victorii Aveyard była dla mnie prawdziwym pozytywnym zaskoczeniem. Kierowana powszechnym uwielbieniem dla tej serii, które bombardowało mnie dosłownie z każdej strony chciałam na własnej skórze przekonać się w czym tak naprawdę zawiera się fenomen tej książki/serii. Kupiłam ją. Czekała na mnie dobre 4 miesiące. Była idealnym skupiaczem kurzu. Kiedy jednak zobaczyłam film na kanale Patryk i Książki (link), w którym booktuber wspominał o Czerwonej Królowej, coś we mnie drgnęło. Następnego dnia wstałam z mocnym postanowieniem pochwycenia książki w dłoń i tak też uczyniłam.

Czerwona Królowa zachwyciła mnie przede wszystkim wartką akcją. Autorka wcale nie przynudza, a idzie za ciosem wplątując główną bohaterkę w coraz to nowe zawiłości i rzucając pod jej nogi kolejne kłody, którym Mare musi dzielnie stawić czoła. Ogromny plus za to. Pomysł na fabułę to strzał w dziesiątkę. Pomimo tego, że cała koncepcja rewolucji w kraju, głównej bohaterki, która staje na jej czele, a tłem dla tego wszystkiego jest jej rozterka między (tu was zaskoczę, bo autorka poszła o krok dalej) trzema, a nie dwoma chłopakami jest żywcem wyjęta z Igrzysk Śmierci to i tak daje radę. Myślę, że ogromny wpływ ma na to urozmaicenie fabuły postaciami Srebrnych, których nadludzkie umiejętności były dla mnie prawdziwą radochą i jak małe dziecko zgłębiałam poszczególnie rody obdarzone coraz to innymi mocami. (Odjazd!)

Bohaterowie to przeważnie młodzi ludzie, którzy biorą na swoje barki ogromny ciężar. Czasami większy niż są w stanie unieść, ale o tym przekonają się dopiero później. Nie są to postaci skomplikowane, mają swój system wartości, starają się go trzymać. Po raz kolejny na próbę zostanie wystawiona przyjaźń. Okaże się również, że podejmowanie decyzji o tym kogo obdarzyć zaufaniem może zadecydować o życiu.

Książkę czyta się bardzo szybko. Ciężko oderwać się i przerwać lekturę chociaż na chwilkę, bo często bywa tak, że koniec rozdziału zawiesza nam akcję tak ni w pięć ni w dziewięć i logicznym wydaje się zaczęcie kolejnego rozdziału.

Cała koncepcja książki ma wymowę bardzo uniwersalną. Wykluczając wszystkie super moce, które robią z postaci herosów praktycznie nie do pokonania, to podobne sytuacje do tych opisanych przez autorkę możemy odnaleźć w dzisiejszym świecie. Ciągle wojny, pucze, próby objęcia władzy, niezadowolenie mieszkańców jednego czy drugiego kraju. To wszystko dzieje się na naszych oczach. A całą opowieść nazywamy historią.

Podsumowując. Czerwona Królowa to kawał dobrej książki, po którą warto sięgnąć. Nie tylko miło spędzicie czas  w królestwie Norty próbując rozgryźć pałacowe intrygi i knowania, ale może odnajdziecie jeszcze kilka analogii do współczesnego świata. Polecam!

Strona główna
2
Share


To już piąta część przygód nieco roztrzepanej, ale niesamowicie inteligentnej i sprytnej lekarki Claire oraz jej męża Jamiego Frasera, którego ośli upór (wszystko dlatego, że to Szkot, jak twierdzi Claire) niejednego człowieka wpędziłby do grobu. Patrząc na gabaryty książki z jaką przyszło mi się zmierzyć do teraz nie jestem w stanie uwierzyć, że dałam radę. Ręka bolała od trzymania tej cegiełki, a oczy nie mogły się przyzwyczaić do wielkości literek, które niekiedy prawie biegały po stronach uwijając się jak małe, pracowite mrówki. Udało mi się jednak podołać!
Jest rok 1770. Claire i Jamie rozpoczynają życie na dzikich terenach Karoliny Północnej. Claire jest lekarką i ze swoją dwudziestowieczną wiedzą medyczną musi leczyć bez antybiotyków, szczepionek i lekarstw. Jamie próbuje zagospodarować ogromne obszary leżącej odłogiem ziemi. Claire wie, co wydarzyło się w tym rejonie w wieku XVIII, ale ta wiedza nie obejmuje przyszłości jej rodziny. Dlatego nie zdoła uchronić swoich najbliższych przed tragicznymi wydarzenami...
Nie chcę zdradzać więcej informacji odnośnie fabuły, boję się, że coś bardziej szczegółowego okaże się spoilerem dla tych, którzy serii jeszcze nie czytali, bądź dla tych, którzy akurat stoją na rozdrożu i nie wiedzą, czy brać się za tego kloca czy może jednak wsunąć go głębiej w niezmierzone czeluści domowej biblioteczki.

Diana Gabaldon po raz kolejny kładzie przed czytelnikiem encyklopedie dawnych czasów ( w tym przypadku brytyjskich kolonii)  dopracowaną w każdym, nawet najdrobniejszym szczególe. Opisy czynności, budynków, przyrody, zwyczajów i obrzędów wprost wylewają się z każdej stronnicy tej książki. Każdy opis to miliony epitetów, które malują przed oczami czytelnika precyzyjny obraz danej rzeczy czy zjawiska. Czytając książkę odnosi się wrażenie zanurzania w ten odległy świat. Zaprzyjaźniamy się z bohaterami, poznajemy ich w różnych sytuacjach, znamy ich zachowania, bo przecież towarzyszymy im na każdym kroku. Przy polowaniu, przy szyciu kołdry czy nawet przy przemycie bezcennej whisky.

Kiedy materiały zostały skompletowane, wszystkie kobiety przyszły do „wielkiego domu” i zajęły się właściwym robieniem kołdry – pracowitym zszywaniem wierzchu z kawałeczków i łączeniem go metodą pikowania ze spodem. W środek wkładano resztki zużytych koców, pozszywane gałganki, wełniane wyczeski –żeby kołdra była ciepła.
Ognisty Krzyż to nie tylko wiele szczegółowych opisów, ale to przede wszystkim historia przepełniona miłością, poświęceniem , cierpieniem i przyjaźnią. Diana Gabaldon kolejny raz pokazała nam różne rodzaje miłości, uświadamiając jednocześnie czytelnikowi, że każda miłość łączy się z bólem i poświęceniem. Miłość to nie proste uczucie, to ciężka praca, która wzbogaca nasze życie, dodaje mu barw. Czyni człowieka szczęśliwym. Bohaterowie wielokrotnie muszą zmierzyć się z przeciwności losu, które wystawiają na próbę ich więzi. Ognisty Krzyż to cudowna opowieść, która wzbudza w nas nieskończoną gamę emocji.

Kiedy nadejdzie dzień nieuniknionego rozstania – powiedział cicho, patrząc na mnie – jeżeli moimi ostatnimi słowami nie będą słowa „kocham cię”, wiedz, że po prostu nie zdążyłem ich wypowiedzieć.
Z przykrością jednak muszę stwierdzić, że pomimo wielu plusów jakie muszę dopisać na konto autorki znalazło się kilka minusów. Tym najpoważniejszym o jakim chce Wam wspomnieć  jest praktycznie zero akcji przez dobrą połowę książki. Przysięgam, że rzeczywista akcja rozpoczęła się dopiero po stronie sześćsetnej. Rozumiem, że autorka chciała rozpuścić trochę sieć kontaktów głównych bohaterów, jednak zaczęło mnie to poważnie nudzić, a przy tak obszernej pozycji jest to uciążliwe.

Z racji tego, że jest to już piąta część serii (a między częściami robię sobie przerwy) bohaterowie wprowadzeni na przestrzeni tych części zaczynają mi się mylić. Nazwiska, często bardzo do siebie zbliżone lub nawet te same, stają się bezsensownym kłębowiskiem, które ciężko jest rozplątać. Boję się, że kiedy dobrnę do ósmej części w zupełności zgubię główny wątek historii w gąszczu bohaterów.

Podsumowując całość lektury, jestem zadowolona. Zdecydowanie nie ma porównania z pierwszą częścią, która była idealna i w której niezaprzeczalnie się zakochałam, ale uważam, że Claire i Jamie są tak pocieszną parą, że należy doprowadzić ich historię do końca. Polecam!

Strona główna
0
Share

Decydując się na tę książkę zastanawiałam się czy przypadnie mi do gustu. Teoretycznie to moje klimaty. Jakaś zagadka, trochę historii, stara książka, a gdzieś w tle wątek miłosny (romans z bibliotekarzem!). Bałam się jednak, że się zanudzę. Prawdopodobnie było to spowodowane okładką, której projekt jakoś nie końca zachęcał mnie do lektury. Wiedziona jednak chęcią poznania nieznanego włączyłam ją do listy książek na Read Week (więcej o wyzwaniu tutaj) i tak oto zaczęła się moja przygoda z Ludźmi księgi. Ale po kolei!

Główną bohaterką książki, od której wszystko się zaczyna, jest Hanna Heath. Zostaje ona wezwana do Sarajewa, aby zbadać żydowską księgę, znalezioną podczas wojny przez pewnego bibliotekarza. Badając manuskrypt znajduje kilka wskazówek (skrzydełko owada, biały włos, plamy z wina), które pomogą jej wniknąć w historie księgi i dowiedzieć się o wydarzeniach, których była świadkiem. Czytający dowie się nie tylko gdzie powstała księga, ale również co działo się z nią później. Pozna ludzi, którzy, czasami nieświadomie, brali na swoje barki trud ochrony tego interesującego dzieła.

W książce zostały opowiedziane dwie historie, które przeplatają się ze sobą. Pierwsza z nich dotyczy właśnie Hanny i rozgrywa się w roku 1996 (i w latach późniejszych). Właśnie w tej części fabuły zawiązana zostanie intryga. Chociaż to chyba mocno przesadzone stwierdzenie, ponieważ po pierwsze intryga zawiązuje się jakoś trzy, góra cztery rozdziały przed końcem książki, a jej rozwiązanie pojawia się w już w ostatnim (no bo kiedy?).  Druga historia to historia manuskryptu. Będziemy śledzić drogę jaką przeszła księga cofając się aż do momentu jej powstania. Każde ważniejsze wydarzenie z życia księgi jest bezpośrednio związane ze wskazówką jaką znalazła Hanna podczas prac przy manuskrypcie.

Po lekturze tej pozycji muszę przyznać, że mam co do niej mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo podobała mi się złożoność fabuły. Czytelnik zanurza się w niej coraz głębiej i głębiej. Szczególnie tyczy się do tych części książki, które nawiązują do historii księgi. Kończąc daną opowieść i wracając do roku ’96 często odnosiłam wrażenie, że wynurzam się z wody przebijając taflę. Całkiem nieświadomie nasunęło mi się tutaj skojarzenie z Harrym Potterem i myślodsiewnią.

Z drugiej strony, te nagłe przeskoki z jednego czasu do drugiego czasami pozostawiały mnie lekko zdezorientowaną. Mijała więc chwila zanim zorientowałam się w jakim momencie wylądowałam i mogłam spokojnie wciągnąć się w bieg wydarzeń. Czasami miałam wrażenie, że w fabule zostało wepchniętych sporo opisów, które nic nie wnoszą do całości, a stanowią tylko pewnego rodzaju nudny zapychacz. Dopiero gdzieś w połowie lektury zrozumiałam, że każdy element coś znaczy, a zazębianie się jednego wydarzenia z drugim jest bardzo ważne.

Bohaterowie nie wzbudzili we mnie praktycznie żadnych uczuć, jednak chyba nie oni byli tutaj najważniejsi. Moim zdaniem autorka nie chciała wgłębiać się zbytnio w psychologię postaci, bo i książka teoretycznie nie opowiadała o ludziach (O losie! Przypomnij mi jak brzmiał tytuł? Ludzie księgi, tak?). Tak, przyznaje bez bicia. Postaci było mnóstwo, wlewały się górą strony, a wypadały dołem, ale były one tylko pretekstem. Najważniejsza tutaj była księga.

Po zakończeniu lektury naszła mnie refleksja, że teoretyczna to taką opowieść można by snuć o każdej pozycji, która dumnie prezentuje się na półce. A tam zagięcie na okładce, bo pani w Biedronce jakoś gorzej ją potraktowała, a to jakieś okruszki od batonika, no bo jak tu nie przegryzać czegoś podczas lektury? Kropelka kawy tu, a herbaty …o tutaj. A w tym miejscu atrament się rozmazał, bo łzy skapywały na stronnice. Wniosek nasuwa się w zasadzie jeden. Poczułam się w środku duszy całkiem dumna, bo oprócz bycia córką, koleżanką, studentką i książkoholikiem stałam się również człowiekiem księgi.


Polecam, aby na własnej skórze poznać historię Hagady Pesachowej. Jedni ją polubią, drudzy będą ją traktować z pewnością mniej przychylnie. Jeśli jednak ktoś lubi pozycje, w której historia przeplata się z religią, a wątek miłosny jest tylko niewyraźnym tłem majaczącym gdzieś w oddali, to czemu nie?

Strona główna
0
Share



Witajcie Kochani!
Przychodzę do Was tego pierwszego dnia sierpnia, aby podsumować miesiąc, który odszedł już w niepamięć. Lipiec, pierwszy miesiąc wakacji minął jak z bicza trzasnął. Muszę jednak przyznać, że był miesiącem bardzo obfitym. Pokaże Wam dlaczego!

W tym miesiącu moja biblioteczka chwilowo bądź na stałe powiększyła się o następujące tytuły:

1. Tchnienie śniegu i popiołu Diana Gabaldon (tom 6)
2. Kość z kości D. Gabaldon (tom 7)
3. Na gorącym uczynku Harlan Coben
4. Jedyna szansa H. Coben
5. Tylko jedno spojrzenie H. Coben
6. Mistyfikacja H. Coben
7. Złodziej dłoni J.T. Ellison
8. Zaklęci  Graham Masterton
9. Kompozytor burz Andres Pascual
10. Księga bez tytułu Anonim
11. Ludzie księgi Geraldine Brooks
12. Ekspedycja James Rollins
13. Na granicy zmysłów Przemysł Kossakowski
14. Nefrytowy różaniec Borys Akunin
15. Alchemik. Sekrety nieśmiertelnego Nicholasa Flamela Michael Scott
16. Ja, inkwizytor. Bicz Boży. Jacek Piekara
17. Petersburg noir wielu autorów
18. Małe życie Hanya Yanagihara
19. Historia pszczół Maja Lunde

W lipcu przeczytałam:
1. Koniec warty Stephen King (recenzja)
2. Złodziej dłoni J.T. Ellison
3. Dziewczyna w walizce  Raphael Montes (recenzja)
4. Na gorącym uczynku Harlan Coben
5. Tylko jedno spojrzenie Harlan Coben
6. Klasztor Zachar Prilepin
7. Jedyna szansa Harlan Coben
8. Alchemik. Sekrety nieśmiertelnego Nicholasa Flamela Michael Scott (recenzja)
9. Upoważnienie do szczęścia Katarzyna Grochola
10. Ludzie księgi Geraldine Brooks (recenzja już wkrótce!)
11. Ognisty krzyż Diana Gabaldon (recenzja już wkrótce!)

Jestem naprawdę zadowolona z ilości przeczytanych książek w tym miesiącu. Zobaczymy jak to będzie w sierpniu! Do rychłego spotkania! Niech czytelnicza moc będzie z Wami <3

Strona główna
1
Share
Nowsze posty Starsze posty Strona główna
Bookchilling

Znajdziecie mnie na:

  • Facebook
  • Instagram

Popularne posty

  • Chłopak na zastępstwo
      Czy macie czasami problem z oceną własnej wartości? Miewacie dni kiedy jedyne czego potrzebujecie oprócz porannej kawy to kilka słów ...
  • W krainie kolibrów
    Kobiety rządzą światem. Można uznać to za sprawdzoną i potwierdzoną wiedzę. Przecież za każdym przywódcą stoi jego żona, kochanka, siost...
  • Kredziarz
    Mówi się, że każdy z nas skrywa jakieś tajemnice. Mroczna strona ludzkiej osobowości w różnych przypadkach, daje o sobie odpowiednio znać. ...

Obserwatorzy

2016 Reading Challenge

2016 Reading Challenge
Gabriela has completed her goal of reading 50 books in 2016!
hide
56 of 50 (100%)
view books

Archiwum bloga

  • ►  2018 (1)
    • ►  lutego (1)
  • ►  2017 (1)
    • ►  stycznia (1)
  • ▼  2016 (31)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (3)
    • ►  września (7)
    • ▼  sierpnia (9)
      • Podsumowanie - sierpień
      • Maybe someday
      • Szczygieł
      • O tych co w cieniu...#1
      • Historia pszczół
      • Czerwona królowa
      • Ognisty krzyż
      • Ludzie księgi
      • Podsumowanie LIPIEC
    • ►  lipca (8)
Jedyny w swoim rodzaju blog książkowy!. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

  • Rick Riordan
  • Colleen Hoover
  • Diana Gabaldon
  • Donna Tartt
  • Geraldine Brooks
  • Graham Masterton
  • Hanya Yanagihara
  • Jack Ketchum
  • Jasmine Warga
  • Kasie West
  • Kim Holden
  • Maja Lunde
  • Michael Scott
  • Przemysław Kossakowski
  • Raphael Montes
  • Sofia Caspari
  • Stephen King
  • Victoria Aveyard
  • Wacław Radziwinowicz

Prawa autorskie

Wszystkie zdjęcia oraz teksty opublikowane na blogu są moją własnością. Zgodnie z DZ. U z 1994r. nr 24 poz. 83 posiadam prawo ich ochrony, a związku z tym nie wyrażam zgody na kopiowanie i rozpowszechnianie treści bloga bez mojej zgody.

Jesteśmy RR!

Jesteśmy RR!
zBLOGowani.pl

Inne

  • booktour
  • liebster blog award
  • o tych co w cieniu
  • podsumowanie
  • praca zbiorowa
  • recenzja
  • rereading
  • wyzwanie
Copyright © 2016 Bookchilling

Created By ThemeXpose & Distributed By Free Blogger Templates