• Strona główna
  • O mnie
  • Kontakt i współpraca

Bookchilling

BLOG KSIĄŻKOWY

  • Recenzje
  • Literatura rosyjska
  • O tych co w cieniu
Mówi się, że każdy z nas skrywa jakieś tajemnice. Mroczna strona ludzkiej osobowości w różnych przypadkach, daje o sobie odpowiednio znać. Czasami nawet sami nie znamy swojej prawdziwej natury. Skrywamy przed innymi ludźmi nie tylko tajemnice, ale również własną osobowość. Boimy się odrzucenia lub jesteśmy po prostu nieufni. Zakładamy maski i gramy.

Bohaterowie debiutanckiej książki C.J. Tudor również skrywają wiele tajemnic. Akcja Kredziarza rozgrywa się w 1986 roku. Eddie wraz z grupką swoich przyjaciół żyje w małym, angielskim miasteczku. Do ich głównych zajęć należy więc jazda na rowerze oraz porozumiewanie się kredowymi rysunkami. Pewnego dnia owe rysunki doprowadzają ich do miejsca zbrodni.
Gdy trzydzieści lat później każdy z bohaterów otrzymuje tajemniczą wiadomość wraz z kredowym rysunkiem, wszyscy uznają to za niezbyt zabawny żart. Sytuacja jednak diametralnie się zmienia, kiedy dochodzi do morderstwa.

Muszę przyznać się do tego, że bardzo często wybieram książki patrząc jedynie na okładki. Jak mawia Anita z BookReviews — „okładkowa sroka”. Dlatego też, Kredziarz zrobił na mnie dobre wrażenie. Fakt, że polska okładka jest dokładną kopią wersji angielskiej nie ma znaczenia, ponieważ głównym jej walorem jest to, że oddaje charakter książki. Kredowe smugi oraz liczne wisielce, które widnieją na książce dają pstryczka w nos, pobudzają nieustępliwą ciekawość czytelnika i zachęcają do lektury.

Historia pod wieloma względami wykorzystuje motywy najczęściej wykorzystywane przy książkach tego gatunku. Grupka dzieciaków, morderstwo, na pierwszy rzut oka rozwiązana sprawa a potem wielki coming back po kilkudziesięciu latach. Na pierwszy rzut oka nic nadzwyczajnego.

Gdy jednak spojrzymy głębiej i wczytamy się w tą historię, zauważamy, że jednak ma to coś. Na początku może nie zdajemy sobie sprawy z czego to wynika. Czy to te zwroty akcji? Czy atmosfera całej książki? Czy może chodzi o to, że samo słowo „kredziarz” ma w sobie jakiś specjalny ładunek emocjonalny? Moim zdaniem cały szkopuł leży w tajemnicach. Książka J.C. Tudor jest nimi najeżona. Kłamstwa, sekrety i zatajanie. Czytelnik co chwilę odkrywa coś nowego. Połączenia oraz układy, które łączą postaci prowadzą go jak po nitce do rozwiązania całej zagadki. A kłębek do którego dojdzie również ma coś wewnątrz. Kolejną tajemnicę? Przekonajcie się sami.

Nie można się nie zgodzić z wieloma recenzjami, które już pojawiły się na temat Kredziarza. Lektura jest wciągająca, ma pewien klimat, który (może wynika to z faktu, że niemal równocześnie czytam To Stephena Kinga) jest trochę podobny do jednej z najważniejszych książek króla powieści z dreszczykiem. Mówię „trochę podobny”, bo jednak styl pisania, w przypadku Kredziarza, jest bardziej charakterystyczny dla powieści młodzieżowej niż poważnego kryminału. Nie umniejsza to jednak faktu, że sam pomysł na historię uważam za trafiony, a wykonanie całkiem przyzwoite. Osobiście polecam.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.  


0
Share

Kobiety rządzą światem. Można uznać to za sprawdzoną i potwierdzoną wiedzę. Przecież za każdym przywódcą stoi jego żona, kochanka, siostra, kuzynka lub…co gorsza! Matka. Nie można nie zauważyć, że Sofia Caspari w swojej książce W krainie kolibrów , bardzo dużo uwagi poświęciła właśnie płci pięknej. To kobiety wysuwają się na pierwszy plan powieści i skutecznie stoją na jej czele aż do ostatnich stron.
Latem 1863 roku Anna i Viktoria zaprzyjaźniają się na statku do Buenos Aires – ówczesnej ziemi obiecanej dla tysięcy Europejczyków. Młode kobiety dzieli prawie wszystko. Zakochana Viktoria płynie do swego męża Humberto, syna bogatego plantatora. Nie martwi się o swój los, rozkoszuje się luksusową podróżą, śmieje się głośno i odważnie patrzy życiu w oczy. Anna jest służącą – ma dołączyć do bliskich, którzy już od roku mieszkają w Argentynie. Jej serce wypełnia obawa przed nieznanym.
Gdy otrzymałam W krainie kolibrów w ramach booktouru, organizowanego przez Bohaterkę Realną (link), miałam wobec tej książki bardzo duże oczekiwania. Już dobry kawał czasu czaiłam się na tę pozycję, całkiem poważnie myśląc o jej zakupieniu. Pociągała mnie nie tylko okładka, która wprost wabiła, beztrosko przechadzającego się między półkami, potencjalnego przyszłego właściciela  swoją prostotą, a jednocześnie przepięknym kolorytem, ale również obietnica niezwykłej historii miłosnej rozgrywającej się w samym sercu upalnej Argentyny.

Książka podzielona jest na kilka rozdziałów, których akcja toczy się w pewnych (określonych pod tytułem każdego rozdziału) ramach czasowych, co pozwala nam jasno i wyraźnie zaobserwować zmiany, zachodzące w bohaterach w danych okresach. Spodziewałam się, że język, którym będzie posługiwać się autorka dorówna kolorom okładki. Niestety trochę się zawiodłam. Nie poczułam tego ciepłego klimatu i tętniącej życiem Ameryki Południowej, nie zespoliłam się aż tak mocno z dramatami, które dotykały głównych bohaterów. Powodem takiego, a nie innego odbioru powieści Caspari może być fakt, że wciąż pozostaje pod niezmiernym urokiem sagi autorstwa Diany Gabaldon i ciężko będzie jakiemukolwiek innemu autorowi powieści historycznych zawładnąć moim sercem równie mocno jak uczyniła to Gabaldon swoją serią Obca.

Jak już wspomniałam przeważająca część powieści W krainie kolibrów poświęcona jest kobietom. To właśnie ich myśli, przemyślenia i uczucia najczęściej są przedstawiane czytelnikowi. Oprócz dwóch głównych bohaterek czyli Anny oraz Victorii, pojawia się jeszcze dosyć pokaźne grono innych przedstawicielek płci pięknej, które mają na swoim sumieniu mniejsze bądź większe grzeszki i stanowią dosyć solidną charakterystykę kobiet, nie tylko w tym okresie (XIX wiek), ale i kobiet w ogóle. Bohaterki powieści posiadają cechy, w które wyposażona jest niemal każda przeciętna kobieta: duma, spryt, zaradność, upartość i przeświadczenie o swojej racji.

Zastanawiałam się jednak czym mógł zostać spowodowany brak mojej sympatii w stosunku do głównych bohaterek. Doszłam do wniosku, że wszystko to wynik niekonsekwencji w działaniu i w wypowiadanych słowach oraz chorobliwa zazdrość, zawziętość i chciwość, czyli cechy, których sama tak bardzo nie lubię u drugiego człowieka. Hipokryzja Anny w początkowej części powieści, jej niekontrolowane napady żalu najczęściej kierowane w stronę młodszej siostry były tak skutecznym odpychaczem, że naprawdę trudno było mi polubić jej osobę nawet w trakcie dalszej lektury, pomimo zmianom, które zachodziły w jej osobowości. Victorii również nie można odmówić tego, że się nie zmieniła. Pomimo błędów, których dopuściła się zaślepiona przez zazdrość i głupotę (nazywajmy rzeczy po imieniu), udowodniła, że potrafi zawalczyć o siebie i o ludzi, których kocha i którzy są jej bliscy. O własną rodzinę.


Przesłanie płynące z powieści jest bardzo klarowne, piękne i łatwo je przyswoić. Mimo drobnych mankamentów i chwilami przynudnawej treści to w miarę ciekawa lektura, która jednak nie przysporzy Wam wielkich emocji. 

Sofia Caspari W krainie kolibrów,przeł.Paulina Filippi-Lechowska, wyd.Otwarte 2015.
2
Share

Biorąc do ręki Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu z tyłu mojej głowy, niczym w dobrym kinie wyświetlały się urywki bardzo pozytywnych opinii o pierwszej książce Anny McPartlin czyli Ostatnich dniach Królika. Nie wiedziałam czego się spodziewać, nie wiedziałam jakim stylem posługuje się autorka, jakie tematy podejmuje w swoich książkach. Przed sobą miałam sporych rozmiarów znak zapytania. Zastanawiałam się czym będzie dla mnie ta książka.  Rozczarowaniem? Przygodą? Irytacją? A może wszystkim po trochu?
Zerkam niespokojnie na widownię. Czy znajdę dość sił, by opowiedzieć ludziom o moim synu? 
Jeremy był dobrym, wrażliwym chłopcem, kochałam go tak, jak potrafią tylko matki. Mam poczucie winy, bo daleko mi do ideału. Za długo tkwiłam w związku z jego ojcem-katem, który terroryzował mnie przez lata. Nie zawsze ogarniałam rzeczywistość, czasami przytłaczała mnie proza życia. Nie było mi łatwo pracować na dwa etaty, opiekować się chorą matką, która przestała być sobą, i znosić zmienne nastroje nastoletniej córki. Ból po stracie syna nigdy nie zelżeje, ale wciąż mam dla kogo żyć. Co cię nie zabije, to cię wzmocni…
Mój syn umarł 1 stycznia 1995 roku. Minęło dwadzieścia lat, a ja stoję przed grupą obcych ludzi, by im o nim opowiedzieć.
Głęboki wdech. Zaczynajmy
Zaczynając lekturę nie byłam zadowolona. Było nudno. Styl pisania niezbyt przypadł mi do gustu, bohaterowie też trochę podejrzani. Autorka uruchomiła we mnie początkowo jakąś blokadę, której powodem było prawdopodobnie wrzucenie mnie, jako czytelnika prosto w środek rutynowego porządku dnia rodziny Bean. Rodziny, która, nie jest idealna. A to stanowi jej ogromny plus. Dlaczego? Ponieważ jest ludzka. Mamie zdarza się zdenerwować i  rzucić w eter słowem dupa, dzieci potrafią otworzyć buzię i odpyskować jak na prawdziwe nastolatki przystało, tupną nogą, trzasną drzwiami. Pozamiatane.

Rodzina Bean jest jednak trochę bardziej „uszkodzona” niż mogło by się wydawać na pierwszy rzut oka. Autorka porusza tutaj dwie bardzo ważne kwestie, które aktualne są nie tylko teraz, ale już od bardzo, bardzo dawna. Pierwszą z nich jest przemoc w rodzinie. Maise regularnie bita przez swojego męża, uwalnia się w końcu spod jego tyranii, ale jego krzyk i obelgi jeszcze nie raz będą dźwięczały jej w uszach. Zatroskana i przytłoczona wieloma obowiązkami, na które składa się chora mama, trochę buntownicza córka, ciągle nowe rachunki do opłacenia i praca na dwie zmiany, nie potrafi rozstrzygnąć kwestii  czy nadszedł już odpowiedni czas i czy w ogóle zasługuje na szczęście.Drugą kwestią, nie mniej ważną chociaż tak początkowo może się wydawać, jest homoseksualizm. Po przeczytaniu ostatniej strony wszystko składa się w naszych głowach w całość. Zdajemy sobie sprawę, że to nie był marginalny problem, a poważna kwestia, która wciąż dotyczy wielu osób na całym świecie.

Z każdą kolejną przewracaną stroną coraz bardziej doceniałam sposób pisania autorki. Zachwycałam się jej zmysłem obserwacji, który musi posiadać, gdyż postaci wyjęte są z rzeczywistości. Zachowanie każdego jednego bohatera jest autentyczne i nie czuć w nim ani odrobiny fałszu. Oddajesz im cząstkę siebie, bo Valerie trochę przypomina Ciebie gdy byłaś młodsza, Maise wpada w złość równie szybko i bezpodstawnie jak Twoja mama…Z czasem uświadamiasz sobie, że już po Tobie, bo w zasadzie należysz już do Beanów. I koniec, musisz pokonywać te same trudności, cierpieć, krzyczeć i ocierać łzy, ze wszystkimi, solidarnie jak to w rodzinie. Kocham tę opowieść za to, że nie ma tam miejsca na puste słowa, zbędne dialogi. Każde wypowiedziane zdanie ma swój sens, cel. Jest po co, dla czegoś. Pokazuje jak słabym stworzeniem jest człowiek, jak łatwo można go zranić, jak szybko można pokonać, ale! Daje również niezmiernie potrzebną każdemu z nas rzecz - nadzieję.


Kochani, Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu to kawał dobrej lektury z morałem, więc jeśli szukacie lekkiej lektury, z motywem miłosnym, podczas której co drugą stronę będziecie się miło zaśmiewać, a wszystko skończycie z ciepłym uczuciem na serduchu…to na pewno nie ta książka. 

2
Share
 

Czy macie czasami problem z oceną własnej wartości? Miewacie dni kiedy jedyne czego potrzebujecie oprócz porannej kawy to kilka słów pocieszenia i dowartościowania? Ja miewam tak dosyć często i myślę, że mogę założyć, że Wy również, w jakimś stopniu. W końcu to całkiem normalne, każdy człowiek ma prawo do gorszych i lepszych chwil w swoim życiu. Powyższy problem pojawiającego się chwilami spadku naszej samooceny nie w pełni odzwierciedla problem głównej bohaterki książki Kasie West Chłopak na zastępstwo, ale poniekąd o niego zahacza. Dlaczego? Sami się przekonajcie! 
 Poznajcie Gie, przewodniczącą samorządu szkolnego, perfekcyjną uczennicę otoczoną wianuszkiem perfekcyjnych przyjaciółek. Gia ma idealną pod każdym względem rodzinę, w której złotym środkiem jest zawsze brak kłótni oraz przystojnego (i studiującego!) chłopaka Bradleya...A nie! Poprawka, wyśniony chłopak właśnie zerwał z nią, na dwie minuty przed balem maturalnym, tym samym niszcząc jest misternie uknuty plan utwierdzenia przyjaciółek, że wcale chłopaka nie zmyśliła. Co robić? Szczęście postanawia uśmiechnąć się do Gii. Na parkingu natyka się na przypadkowego chłopaka, który zgadza się towarzyszyć dziewczynie na balu udając Bradleya. Gia nawet nie zdaje sobie sprawy jakiej ilości kłamstw będzie zmuszona jeszcze użyć.
Książka Kasie West jest typowym przykładem gatunku Young Adult, który czyta się w ekspresowym tempie. Spokojnie można jej użyć jako przyjemnego "umilacza" wieczoru kiedy to po ciężkim dniu nasz mózg cały buzuje, a my mamy ochotę na coś całkowicie niezobowiązującego. Bo taka właśnie jest ta historia - niezobowiązująca. Bardzo prosta, z morałem, który z pewnością nie należy do niesamowitych odkryć, a jest po prostu fundamentalną rzeczą o której należy pamiętać. 

Bohaterowie wykreowani przez autorkę wzbudzają w nas ogromną sympatię (oczywiście oprócz tych, którzy tej sympatii wzbudzać wcale nie mieli). Mają swoje jaśniejsze i ciemniejsze strony, ale to jeszcze bardziej nas do nich ciągnie, bo...to takie ludzkie. Każdy z nas ma pełne prawo czasami się pogubić. Są obdarzeni niezaprzeczalnym urokiem, ogromem pozytywnej, dobrze nastrajającej energii, szczególnie tyczy się to Haydena. (Zawsze mam większy sentyment do bohaterów płci męskiej. Czy to dziwne?) Bardzo doceniłam w nim jego zdecydowanie i pewność co do właściwego wyboru własnej drogi życiowej. Emanował dobrem i ogromem współczucia dla drugiej osoby. Jego charyzma, otwartość i łatwość w nawiązywaniu kontaktu z ludźmi to cecha, której zazdrościła mu nie tylko główna bohaterka książki, ale po trochu również i ja. Czas jednak pozostawić uroczego Haydena i skupić się na powodzie całego zamieszania czyli Gii. Tak naprawdę nie do końca wiem w jaki sposób powinnam się do niej odnieść. Moim zdaniem autorka zbytnio wyolbrzymiła problem dziewczyny. Dużo hałasu tak naprawdę o nic. Nie bronię jej, sknociła bardzo wiele rzeczy, wiele razy zachowała się w sposób powierzchowny i płytki, wykorzystywała ludzi do swoich celów, kłamała i robiła inne mniej lub bardziej nieprzyjemne rzeczy, ale chyba trochę zbyt wiele tej cierpiętnicy jak na jeden raz. Kajała się i użalała nad sobą przez większą połowę książki przy okazji wymuszając żeby inni kajali się razem z nią od czasu do czasu poklepując ją przy tym po plecach. Biedne, skrzywdzone stworzonko. 

Dzisiejszy, współczesny świat, w którym żyjemy taki jest. Liczymy się z komentarzami i opiniami ludzi zamieszczonymi w sieci, każde pozytywne słowo to dobra dawka motywacji i siły, i nie powinno się nam tego zabierać. To miłe. Gorzej jeśli dochodzi do sytuacji przeciwnej, w naszą stronę kierowany jest hejt, a słowa mają nas zranić. Trzeba umieć zachować do tego odpowiedni dystans i kierować się zdrowym rozsądkiem. Przede wszystkim jednak należy pamiętać o tym jaka jest nasza wartość, wartość naszej osoby poza siecią. Nie zapominać o tym, że najważniejszymi i najbardziej cennymi słowami są te wypowiadane przez najbliższe nam osoby, te które nas kochają i które kochamy my sami. One są największym skarbem, o który powinniśmy walczyć i zabiegać.

Kasie West Chłopak na zastępstwo, przeł. Jarosław Irzykowski, wyd. Feeria Young 2016

4
Share

Powszechnie wiadomo, że jeśli masz zrobić coś niesamowicie ważnego, co prawdopodobnie, w jakimś stopniu, zadecyduje o twojej przyszłości, to co wtedy robisz? Chwytasz się jakiejkolwiek innej rzeczy, która kompletnie nie ma najmniejszego związku z tym co akurat powinieneś ogarniać. 

Takim oto sposobem sięgnęłam po Zmierzch Stephanie Meyer. Powieść która kilka lat temu zawojowała czytelniczy świat, zdobyła tysiące fanów i tyle samo przeciwników i prześmiewców. Zmieniła również dotychczasowy sposób postrzegania stereotypowego wampira. To nie są już krwiopijcy, śpiący w trumnach, zmieniający się w randomowego nietoperka, bojący się czosnku i przemykający pod osłoną nocy od jednej zalęknionej dziewuszki do drugiej. Stephanie Meyer stworzyła na kartach swojej książki boga z marmuru, który dodatkowo posiada przydatną funkcję lampek choinkowych. Nie śpi w trumnie, a w pięknie zaaranżowanym domu, dodatkowo można rzec, że jest tak po "wampirzemu" weganinem. Taki myk!

Pierwszy raz przeczytałam Zmierzch w gimnazjum. Pochłonęłam całą tetralogię i przez dłuższy czas pozostawałam pod jej urokiem. Powodem był chyba Edward. Tajemniczy wampir. Typowy bad boy z kasztanowymi włosami, ostrymi ząbkami i zabójczym uśmiechem, który zasiewa maleńkie ziarno niepewności: zje mnie teraz czy dopiero za chwilę?

Sięgnęłam po nią drugi raz jakiś tydzień temu. Gaba, lat 21 vs Gaba, lat 17. Czy coś się zmieniło? 
O tak! I to bardzo dużo. Mam nadzieję, że moje bardziej sceptyczne spojrzenie wzięło się z tego, że trochę wydoroślałam i zmądrzałam, a nie dlatego, że przesiąkłam negatywnymi komentarzami, opiniami i memami, których w Internecie (nawet teraz!) jest całkiem sporo. 

1. Miłość od pierwszego...ugryzienia? 
Otóż nie do końca, chociaż muszę przyznać, że szybkość z jaką ta dwójka wyznała sobie dozgonną (ups!) i płomienną miłość jest równie duża jak ta z jaką Edward przedzierał się przez chaszcze z Bellą na plecach. Oczywiście przemilczę to, że Młody Bóg musiał trzy dni wcześniej wynieść się na Alaskę, żeby nie zagryźć dziewczyny.

2. Kolejna bohaterka #yolo? 
Poraża mnie brak instynktu samozachowawczego Belli. Wampir ciągle i ciągle powtarza jej, że może ją schrupać jak płatki kukurydziane na śniadanie, a ona z głupim uśmiechem podstawia mu szyje. Różowe okulary miłości przy jej zachowaniu to naprawdę jedynie pikuś.Chwilami jej podejście do chłopaka było w stylu: Jestem rocznym dzieckiem, nie wiem jeszcze co jest dla mnie dobre, ani czego mam się bać i od czego trzymać z daleka, ale strasznie chce tego ogromnego lizaka. Nie ważne, że się nim zadławię i umrę. Smutne. 

3. Mistrz mimiki. 
Edward przez 3/4 książki z niczego nie jest zadowolony. Cały czas robi jakieś dziwne miny, tu się krzywi, tam się wykrzywia, za chwilę się uśmiecha, a sekundę później wyrywa drzewo z korzeniami. W końcu nie wiadomo czy jest zły, czy dopadła go niestrawność.A podobno to kobiety mają humory. 

4. Niby szybcy, a taksówki nie dogonią.
Zawiodłam się na Cullenach. Źle świadczy o nich fakt, że dali wyprowadzić się w pole człowiekowi. I gdyby to jeszcze był jeden wampir, ale nie! Dwójka. Jeden przewiduje przyszłość, a drugi niby tylko sobie kontroluje uczucia, ale przecież wszyscy mogliby konkurować z Boltem na olimpiadzie. A Bella im ucieka. Na nogach. To znaczy, najpierw na nogach, a potem taksówką, no ale moi drodzy! Jak to tak? Jeśli zwykły człowiek, w dodatku taki, który nie potrafi przejść metra po równej powierzchni, żeby się nie potknąć na "zwodniczo płaskim odcinku podłogi" jak to ujął Rowan Atkinson w jednym ze swoim skeczy, potrafi ich tak wpuścić w maliny, to jak oni niby chcieli konkurować z Jamesem oraz Viktorią. Przewróciłabym ostentacyjnie oczami, ale się powstrzymam. 

A jakie są wasze spostrzeżenia odnośnie Zmierzchu? Jest coś co ewidentnie Was irytuje w powieści Stephanie Meyer? Podzielcie się ze mną swoją opinią. Jestem szalenie ciekawa! 
1
Share

Witajcie Kochani!

Zbiorcze podsumowanie, którego właśnie jesteście czytelnikami pojawiło się z kilku niezmiernie ważnych powodów. Tych kilka powodów będzie także pewnego rodzaju wytłumaczeniem oraz niejako formą przeprosin i usprawiedliwieniem za takie zaniedbywanie Was. Otóż kiedy zaczął się nowy rok akademicki (to już III) wcale nie było tak źle. Ogromnego, nagłego i nie wiadomo jeszcze jakiego natłoku pracy nie było. Starałam się jakoś lawirować między uczelnią, Instagramem i moim codziennym, życiowym nieogarem. Niestety jedne zaległości pociągają za sobą kolejne. Kilka nienapisanych postów zaczęło mnie przerażać, kajałam się, że jeszcze tego nie zrobiłam, tamtego nie zrobiłam, a czas uciekał nieubłaganie. Ilość rzeczy zaczęła mnie przerażać, a jeśli coś mnie przeraża to staram się od tego uciekać. Powiedziałam sobie jednak ostatnio, że koniec! Wezmę się w garść! Ogarnę licencjat, bloga, Instagrama...życie? Nad tym ostatnim jeszcze pomyśle. ^^' Z racji, że podsumowania wrześniowego jako takiego nie było, w mojej głowie zrodził się taki oto pomysł. I ta dam! JEST. <3 

Przechodząc do sedna. Oto podsumowanie! 

Przeczytane we wrześniu:


1. Dziewczyna z sąsiedztwa Jack Ketchum - str. 337 (recenzja)
2. Upadłe anioły Graham Masterton - str. 398 (recenzja)
3. Małe Życie Hanya Yanagihara - str. 813 (recenzja)
4. Zaklęci Graham Masterton - str. 416
5. Promyczek Kim Holden - str. 592 (recenzja)


Łącznie we wrześniu przeczytałam: 2 556
To zdecydowanie mniej niż w poprzednim miesiącu, jednak jak wiadomo format książki formatowi nie równy. (Tak się pocieszam, bo cóż mi pozostało!)

Wrzesień nie był miesiącem zbytnio bogatym pod względem książkowych zakupów, aczkolwiek kilka pozycji się udało zebrać.

1. Tylko martwi nie kłamią Katarzyna Bonda
2. Promyczek Kim Holden 
3. Baśniarz Antonia Michaels
4. Powiedz wilkom, że jestem w domu Carol Rifka Brunt

Przeczytane w październiku:

1. Tylko martwi nie kłamią Katarzyna Bonda - str. 608
2. Złodziej pioruna Rick Riordan - str. 360 (recenzja)
3. Diaboliada Michaił Bułhakow - str. 45
4. Moje serce i inne czarne dziury Jasmine Warga - str. 312 (recenzja)
5. Morze potworów Rick Riordan - str. 276  (recenzja)
6. Fale tłumią wiatr bracia Strugaccy - str. 135
7. Zmierzch Stephanie Meyer (rereading) - str. 416  (realizacja rodzącego się w głowie pomysłu już wkrótce!)

Łącznie w październiku przeczytałam: 2 152

W październiku zakupiłam/ dostałam kilka pozycji, które pewnie z rok poczekają sobie na swoją kolej. Tak jakoś to przeczuwam. ^^' Przeraża mnie to i strasznie boli. 

1. Beksińscy. Portret podwójny Magdalena Grzebałkowska 
2. ŻD Dmitrij Bykow 
3. Moje serce i inne czarne dziury Jasmine Warga
4. Chłopak na zastępstwo Kasie West
5. Grzybnia Jelena Czyżowa
6. Klątwa gruzińskiego tortu Maciej Jastrzębski
7. Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu Anna McPartlin

Wyniki bardzo przeciętne. Czasu bardzo mało. Organizacja bardzo słaba. Nie poddaję się jednak. Walczę! Licencjat mnie nie pokona. Nie da mi rady. Nie ma szans. Jeśli znacie jakieś metody, które pomogą mi znaleźć motywację, a najlepiej to rozszerzyć dobę na 34 godziny to podzielcie się nimi ze mną. <3 Będę niezmiernie wdzięczna. Obiecuję poprawę! Z całego mojego gabowatego serducha. 
2
Share

Przypomnijcie sobie czasy szkolne, a w szczególności lekcje języka polskiego. Gotowe? Dobra, a teraz wyobraźcie sobie, że wraz z waszą polonistką omawiacie Odyseję Homera. Już? Świetnie! A teraz zamieńcie Morze Potworów (po którym to podobno w pocie czoła żeglował sobie Odys) na Trójkąt Bermudzki, a samego króla Itaki na trójkę nastolatków, którzy mają do wypełnienia kolejną ważną misję. Jeżeli wasza wyobraźnia na żadnym z tych etapów was nie zawiodła to otrzymaliście właśnie zarys drugiego tomu przygód Perciego Jacksona autorstwa Ricka Riordana czyli Morza Potworów.
Rok szkolny powoli dobiega końca. Percy odlicza już dni do powrotu na Obóz Herosów. Kiedy mama prosi go o rozmowę i radzi mu, aby na wakacje został jednak w domu, młody herosów zaczyna przeczuwać, że dzieje się coś złego. Kiedy następnego dnia chłopak zostaje zaatakowany przez potwory jest pewny, że coś jest na rzeczy. Przy pomocy Annabeth oraz swojego nowego znajomego Tysona udaje mu się pokonać mroczne kreatury. Okazuje się jednak, że nic nie jest już takie jak kiedyś. Sosna strzegąca Obozu Herosów została otruta, nikt nie wie gdzie znajduje się jedyne lekarstwo mogące ją uratować, a władze na Obozie uległy drastycznej i niekoniecznie dobrej zmianie. 
Zaczynając książkę Morze Potworów miałam co do niej spore wymagania. W głębi serca marzyłam, aby autor zastosował podobny sposób pisania co chociażby J.K Rowling w swojej słynnej serii o Harrym. Wraz z dojrzewaniem głównego bohatera "rośnie" również język. Staje się bardziej dojrzały, ten proces najczęściej jest łatwo zauważalny. Taka forma pisania ułatwia czytelnikowi wyłapanie istotnych zmian jakie dokonały się na przestrzeni kolejnych części w głównym bohaterze lub też bohaterach. (przeważnie dotyczą one charakteru) Byłam bardzo szczęśliwa kiedy zauważyłam, że Rick Riordan podszedł do tego właśnie w ten sposób. Druga część przygód młodego herosa jest o wiele bardziej dopracowana niż pierwsza, szczególnie pod względem językowym. Dialogi, których wciąż jest wiele i które sprawiają, że akcja toczy się naprawdę szybko, są bardziej dopracowane i logiczne. 

Istotną zmianę można dostrzec również w bohaterach. Wydorośleli, ich zachowania sa bardziej rozsądne. W ciągu dalszym, w licznych sytuacjach wykazują się odwagą, ale nie jest to zachowanie typu #yolo, którym epatowali w pierwszej części serii. Decyzje podejmowane przez nich są w większości przemyślane, często wykazują się wiedzą oraz sprytem. Na pierwszy rzut oka widać, że Percy stał się dojrzalszy, zapewne za sprawą przygód, których doświadczył. 

Kolejnym plusem Morza Potworów, który przychodzi mi na myśl, jest humor, który bezpośrednio łączy się z koncepcją książki czyli uwspółcześnieniem wędrówki Odyseusza, króla Itaki. Trójka przyjaciół pokonuje mniej więcej tę samą drogę co Odys, oczywiście z drobnymi kosmetycznymi zmianami. Żarty, kąśliwe uwagi, czasami z pozoru smutne spostrzeżenia mają swój szczególny urok, który wywołuje uśmiech na twarzy czytelnika. Numerem 1 była dla mnie Madame Kirka ze swoim Salonem Odnowy Biologicznej i hodowlą świnek morskich. 

Druga część przygód młodego herosa już za mną. Trzecia grzecznie czeka na swoją kolej. Głęboko wierzę, że tendencja zwyżkowa wciąż będzie się utrzymywać, aż w końcu będę mogła w 100% zaufać Perciemu i nie bać się o jego życie i dalsze losy.  

Rick Riordan Morze Potworów, przeł. Agnieszka Fulińska, wyd. Galeria Książki 2006
0
Share
Starsze posty Strona główna
Bookchilling

Znajdziecie mnie na:

  • Facebook
  • Instagram

Popularne posty

  • Chłopak na zastępstwo
      Czy macie czasami problem z oceną własnej wartości? Miewacie dni kiedy jedyne czego potrzebujecie oprócz porannej kawy to kilka słów ...
  • W krainie kolibrów
    Kobiety rządzą światem. Można uznać to za sprawdzoną i potwierdzoną wiedzę. Przecież za każdym przywódcą stoi jego żona, kochanka, siost...
  • Kredziarz
    Mówi się, że każdy z nas skrywa jakieś tajemnice. Mroczna strona ludzkiej osobowości w różnych przypadkach, daje o sobie odpowiednio znać. ...

Obserwatorzy

2016 Reading Challenge

2016 Reading Challenge
Gabriela has completed her goal of reading 50 books in 2016!
hide
56 of 50 (100%)
view books

Archiwum bloga

  • ▼  2018 (1)
    • ▼  lutego (1)
      • Kredziarz
  • ►  2017 (1)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2016 (31)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (3)
    • ►  września (7)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (8)
Jedyny w swoim rodzaju blog książkowy!. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

  • Rick Riordan
  • Colleen Hoover
  • Diana Gabaldon
  • Donna Tartt
  • Geraldine Brooks
  • Graham Masterton
  • Hanya Yanagihara
  • Jack Ketchum
  • Jasmine Warga
  • Kasie West
  • Kim Holden
  • Maja Lunde
  • Michael Scott
  • Przemysław Kossakowski
  • Raphael Montes
  • Sofia Caspari
  • Stephen King
  • Victoria Aveyard
  • Wacław Radziwinowicz

Prawa autorskie

Wszystkie zdjęcia oraz teksty opublikowane na blogu są moją własnością. Zgodnie z DZ. U z 1994r. nr 24 poz. 83 posiadam prawo ich ochrony, a związku z tym nie wyrażam zgody na kopiowanie i rozpowszechnianie treści bloga bez mojej zgody.

Jesteśmy RR!

Jesteśmy RR!
zBLOGowani.pl

Inne

  • booktour
  • liebster blog award
  • o tych co w cieniu
  • podsumowanie
  • praca zbiorowa
  • recenzja
  • rereading
  • wyzwanie
Copyright © 2016 Bookchilling

Created By ThemeXpose & Distributed By Free Blogger Templates