• Strona główna
  • O mnie
  • Kontakt i współpraca

Bookchilling

BLOG KSIĄŻKOWY

  • Recenzje
  • Literatura rosyjska
  • O tych co w cieniu

Czujecie czasami, że życie daje Wam w kość? Wali prawym sierpowym w twarz, a Wy padacie na ziemie niczym worek kartofli? Czy macie czasami wrażenie, że nie podołacie, że to wszystko to was już przerasta, macie ochotę powiedzieć życiu: Ha! Ja to już podziękuję! Cześć i czołem!
Jeśli tak, to mam dla Was dobrą wiadomość. Znalazłam osobę, która tchnie w Was, drodzy czytelnicy, ciepło, wiarę i tony pozytywnej energii. Poznajcie Promyczka!
Życie Kate Sedgwick nigdy nie było bezbarwne. Dziewczyna pomimo problemów i tragedii zachowała pogodę ducha - nie bez powodu jej przyjaciel Gus nazywa ją Promyczkiem. Kate jest pełna życia, bystra, zabawna, ma również wybitny talent muzyczny. Nigdy jednak nie wierzyła w miłość. Właśnie dlatego - gdy wyjeżdża do San Diego by studiować w Grant, małym miasteczku w Minnesocie - kompletnie nie spodziewa się, że przyjdzie jej pokochać Kellera Banksa. 
Skupmy się przede wszystkim na bohaterach, bo to dzięki nim autorka wykreowała pełną magii i ciepła historię, która nie tylko głęboko porusza czytelnika i nakłania go do refleksji, ale jest też po brzegi wypełniona cudownym humorem, który nie pozwala się od niej oderwać. 

 Kiedy myślisz, że kogoś znasz, ten ktoś się zmienia. Albo ty się zmieniasz. A może ta zmiana jest obustronna....I to zmienia wszystko.
Promyczka czyli Kate lub Katie (jak nazywa dziewczynę Keller) muszę uznać za jedną z najbardziej autentycznych i optymistycznych postaci żeńskich w całej literaturze. Przyznaję bez bicia, że początkowo bardzo ciężko było mi znieść jej wszechobecny optymizm. Po cichu krytykowałam autorkę za przerysowanie bohaterki i zrobienie z niej Śnieżki po marihuanie. Z biegiem lektury wszystko się zmieniło, a ja pokochałam Kate za jej dobroć, szczerość, odwagę, zaradność i przede wszystkim za uśmiech, który rozjaśniał nie tylko ten książkowy świat, ale również mój - rzeczywisty. Kate jest bohaterką, której chyba nie da się nie polubić, jej pogoda ducha jest autentyczna, nie można wyczuć w niej nawet odrobiny fałszu. Ciężko mi jest sobie wyobrazić tak pozytywnego człowieka w realnym życiu, co nie znaczy, że nie chciałabym, aby takich ludzi były tysiące i miliony. 

Kim Holden w Promyczku stworzyła również model najlepszego przyjaciela kobiety. Cechy charakteru posiadane przez Gusa to te najbardziej wartościowe. Jest nie tylko troskliwy i opiekuńczy w stosunku do Kate, ale co najważniejsze nigdy jej nie ogranicza, a jedynie wzbogaca. Dlatego też Promyczek mógł być Promyczkiem. Takie jest życie. Nasi przyjaciele definiują nas samych, bez nich bylibyśmy zupełnie innymi osobami. 

Nie sposób nie wspomnieć o muzyce. Kim Holden przyznaje, że muzyka była niejako bodźcem, który dodał jej energii przy pisaniu. Niektórym rozdziałom przypisane są nawet konkretne utwory. Muzyka była również ważnym spoiwem relacji między Kate i Gusem. Z jej pomocą się porozumiewali, wyrażali siebie, wspierali drugą osobę, dawali sygnał, że są tuż obok. 
Nauczyłaś mnie, że dobrze jest wyjść ze swojej bezpiecznej skorupy i robić rzeczy, które przerażają i sprawiają, że czuję się niezręcznie. Nauczyłaś mnie, że dobrze jest się wygłupiać i popełniać błędy.
Po Promyczka sięgnęłam zaraz po lekturze Małego Życia  (link do recenzji). Zarówno jedna jak i druga opowieść zawładnęła moim sercem. Obie opowiadają o miłości i przyjaźni, może trochę w innych wydaniach, ale to uczucia, które bez względu na płeć znaczą zawsze to samo. Dwie historie, które mogą zmienić nasz sposób patrzenia na świat, a co za tym idzie również nas samych. Życie mamy tylko jedno, a więc na co czekać? Stwórzmy legendę!

3
Share

Graham Masterton to nie pierwszy autor, który porusza kwestie tajemnic pilnie skrywanych przez Kościół. Nie mówi jednak o skarbach i górach złotych monet piętrzących się w podziemiach któregoś z klasztorów. Zahacza on o bardzo istotny, bo współczesny, problem z którym boryka się Kościół na całym świecie – pedofilię.  
Dwóch rybaków znajduje w rzece zwłoki uduszonego księdza, który przed śmiercią został poddany wymyślnym torturom i wykastrowany. Wkrótce w ten sam sposób giną kolejni księża i zakonnicy porwani z diecezji w hrabstwach Cork i Ross. Dochodzenie prowadzi komisarz Maguire, ambitna policjantka. (…) W toku śledztwa odkrywa szokujące fakty na temat ofiar. Przed laty wszyscy byli podejrzewani o molestowanie seksualne dzieci. Odeszli wprawdzie z Kościoła, ale żadnemu oficjalnie nie postawiono zarzutów.
Upadłe Anioły to pierwsza książka Mastertona z jaką miałam przyjemność się zapoznać. Zaczęłam dosyć nietypowo, bo od drugiej części serii, co jednak, w najmniejszym stopniu, nie przeszkodziło mi dać się porwać fabule. Pomimo występujących tutaj bohaterów z poprzedniej części nie odniosłam wrażenia, że brakuje mi jakichś istotnych informacji z ich życia, które decydowałyby o niepełnym odbiorze treści książki.

Sam pomysł na fabułę uważam za ciekawy. Miałam jednak wrażenie, że ciekawy jest tylko z jednego powodu. Bo dotyczył Kościoła. A ludzie mają często w sobie taki całkiem dziwaczny zwyczaj fascynowania się problemami i grzechami tych, którzy przecież ciągle rozprawiają o miłosierdziu i miłości do bliźniego. Nie odczułam jednak wielkiego efektu WOW na końcu powieści, tak dobrze znanego nam z książek Cobena, w których mamy ochotę przeczytać posłowie, bo może jednak autor postanowił ponownie zmylić czytelnika i to tam napisał imię sprawcy, a nie na ostatniej stronie.

Bohaterowie Upadłych Aniołów to typowi funkcjonariusze policji, którzy swoją pracę wykonują z 200% oddaniem, a w domu poświęcają się budowaniu rodzinnego ogniska na tyle, na ile pozwoli im w danym momencie praca. Nikt nie wzbudzi w czytelniku nadmiernej irytacji, za nikim również nie wskoczy on w ogień. Czytając książkę mamy obojętny stosunek do postaci przedstawionych przez autora, do nikogo nie zapałamy większą sympatią. Bohaterowie byli w porządku, ale brakowało im czegoś. Jakiejś iskry, która stanowiłaby również wzbogacenie utworu.


I chociaż zaraz po lekturze byłam naprawdę zadowolona, tak gdy trochę ochłonęłam i przemyślałam sobie całość, stwierdziłam, że czuję niedosyt. Może wszystko to kwestia lekkich niedociągnięć, a ja się czepiam, bo dopadła mnie kobieca przypadłość i wyżywam się na bogu ducha winnym Grahamie Mastertonie, ale czytając tę książkę nie spotkało mnie ani wielkie rozczarowanie, ani wielki zachwyt. Był to naprawdę dobry kryminał, jednak nie wychylający się ponad przeciętną. Nie zmniejszyło to jednak mojej chęci do sięgnięcia po poprzednią część serii. Kieruje mną nie tylko ciekawość, ale również powiedzenie, że dobrych książek nigdy za wiele, a ta…(choć fajerwerków nie było!) do dobrych z pewnością należy. :)
3
Share



Pozycja, która wdarła się do czytelniczego światka wywracając go do góry nogami. Przeglądając bookstagramowe profile czy wertując kolejne adresy blogów nie sposób nie zwrócić na nią uwagi, bo chociaż tytułowe „życie” jest małe to książka może przerazić swoją obszernością. Jednak to nie rozmiar był powodem, dla którego okrzyknięto ją najgłośniejszą amerykańską powieścią roku. Małe Życie to ponadczasowa historia, która zostaje z czytelnikiem na długo po zakończeniu lektury.

Czterech przyjaciół tuż po ukończeniu studiów przenosi się do Nowego Jorku, aby zacząć nowe życie. Nie mają nic poza sobą i swoimi ambicjami. Willem – aspirujący aktor, JB – utalentowany malarz, Malcolm – sfrustrowany architekt, oraz tajemniczy i wycofany Jude, który stanowi dla wszystkich punkt oparcia. Z czasem ich relacje stają się coraz bardziej pogmatwane za sprawą uzależnień, sukcesów, dumy.
Ciężko jednoznacznie określić co stanowi główną myśl książki, bo sprowadzenie jej tylko i wyłącznie do kwestii przyjaźni byłoby w wysokim stopniu krzywdzące. Autorka z resztą nie pozostawia czytelnikowi żadnych złudzeń, że to książka o czymś więcej, że w pewnym stopniu opowiada ona o każdym z nas. Strony powieści przepełnione są miłością (różnymi jej odmianami), więzami przyjaźni, poświęceniem, cierpliwością, wyrozumiałością, współczuciem. Te uczucia nakłaniają czytelnika do odkrycia własnego życia na nowo, do docenienia go w sposób, w który nie zrobiło się tego wcześniej. Okłamałabym Was jednak twierdząc, że tylko te pozytywne uczucia poznamy w trakcie czytania. Na równi spotkamy się ze strachem, bólem, cierpieniem, pokonywaniem własnych granic, słabości, aby w końcu zasmakować męczeńskiej walki o zachowanie godności (której momentami wydawać by się mogło, już nie posiadamy) i przeżycie.
Przyjaźń oznacza bycie świadkiem dręczących nieszczęść przyjaciela, długich okresów nudy i rzadkich triumfów. To przywilej bycia przy drugiej osobie w jej najtrudniejszych chwilach i świadomość, że samemu można się przy niej czuć podle.
Każda kolejna strona powieści to cicha zgoda czytelnika na pełne uczestnictwo w życiu czwórki przyjaciół. Pozwalamy tym samym na wszystko i stajemy się bezbronni i odsłonięci. Boli nas każdy cios, każda brutalność, każda rana, która zostaje zadana bohaterom powieści. Stapiamy się z nimi w jedność, w myślach prosząc dla nich o lepszy dzień, miesiąc, rok. Boimy się, że nie będziemy mieć w sobie dostatecznej ilości siły, aby przetrwać kolejny z rzędu upadek, kolejną porażkę. Autorka zaangażowała czytelnika, w tę historię, w tak nieprzyzwoicie wysokim stopniu, że zakrawa to chwilami na zbrodnię.
(…) cała sztuka z przyjaźnią polega na tym, aby znaleźć ludzi lepszych od siebie, nie inteligentniejszych, nie bardziej cool, ale lepszych, serdeczniejszych i bardziej wybaczających, a potem szanować ich za to, czego mogą cię nauczyć i słuchać ich, gdy mówią coś o tobie samym, choćby i najgorszego…albo i najlepszego, to się zdarza; i ufać im, co jest najtrudniejsze ze wszystkiego. Ale i najlepsze.

Małe Życie to cudowna, ponadczasowa historia, z którą powinien zapoznać się każdy bez wyjątku. Warto przedrzeć się przez początek, nie zrażać się do bohaterów oraz ich życia, które przyjdzie nam przecież z nimi dzielić przez najbliższe 800 stron, bo niezmiernie rzadko dostajemy do ręki coś tak pięknego i prawdziwego, co w pewnym stopniu, definiuje nas samych. Demaskuje człowieka, pokazując jego kruchość, słabość. Obnaża łatwość z jaką można zniszczyć człowieka ingerując tym samym w całe jego przyszłe życie. Książka amerykańskiej autorki jest trudna i wymagająca, ale zdecydowanie jedyna w swoim rodzaju. Taka, którą chciałam przeczytać od nowa, zaraz po zamknięciu okładki.
2
Share

…czyli awantura o płeć

Jeśli myślicie, że ostatnimi czasy modna dyskusja na temat gender to metka, którą bez zastanowienia możecie przypiąć  XXI wiekowi to jesteście w dużym błędzie. Chyba nikomu nie trzeba przedstawiać sławnej postać wykreowanej przez Alana Alexandra Milne czyli żółtego Misia o Bardzo Małym Rozumku zwanego Kubusiem Puchatkiem. Odwieczny przyjaciel naszych małych szkrabów w latach 90 zmienił płeć. Było to wynikiem podjęcia się przez panią Monikę Adamczyk-Grabowską ponownego tłumaczenia utworu angielskiego pisarza i takim oto sposobem Kubuś stał się Fredzią. Nie taką sobię znowu zwykłą Fredzią. A Fredzią Phi Phi!

Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o…
Otóż wcale nie o pieniądze, a wierne oddanie treści oryginału. Po przeczytaniu dzieła Milne, w oryginale, pani Adamczyk-Grabowska wytknęła Irenie Tuwim, autorce bardzo mocno już zakorzenionego w polskiej kulturze tłumaczenia Winnie-the-Pooh, szereg niedociągnięć, niezgodności i zaniedbań. Zarzuciła jej między innymi pozbawienie utworu charakterystycznego angielskiego humoru, spłycenie przesłania jakie książka miała ze sobą nieść i wiele innych mniej lub bardziej znaczących zmian w tekście, występujących nie tylko na poziomie leksykalnym, ale również stylistycznym.

Kubuś vs Fredzia
Zapytacie pewnie: Jakim cudem pani Adamczyk z misia imieniem Kubuś zrobiła dziewczynkę? Imię naszego misia w oryginale brzmi Winnie–the–Pooh. Cała historia związana jest z niedźwiedziem, którego w zoo odwiedzał syn autora książki, Christopher. Niedźwiadek nazywał się Winnie zdrobnienie od Winniefried, ponieważ była to dziewczynka. Słówko the lub ther jak w oryginale (r na końcu jest nieme, możliwe więc, że z tego powodu zniknęło ono potem z pisowni) ma świadczyć o płci męskiej misia, które zbudowane jest w bardzo podobny sposób jak imię Christopher. Przytoczę tutaj fragment oryginału, w którym to właśnie Christopher usiłuje wytłumaczyć narratorowi jakże ważną kwestię imienia:

When I first heard his name, I said, just as you are going to say, "But I thought he was a boy?" 
"So did I," said Christopher Robin. 
"Then you can't call him Winnie?" 
"I don't." 
"But you said----" 
"He's Winnie-ther-Pooh. Don't you know what 'ther' means?" 
"Ah, yes, now I do," I said quickly; and I hope you do too, because it is all the explanation you are 
going to get.

Ostatnia część imienia czyli Pooh może odnosić się do jednej z wielu przygód misia, kiedy to musiał poradzić sobie z natrętnymi pszczołami. Zdmuchiwał je ze swojego noska właśnie z charakterystycznym dźwiękiem Pooh! Jest także nawiązaniem do łabędzia, który był jednym z bohaterów poprzednich książek Milne.

W pełni zrozumiałym staje się teraz chęć zachowania przez panią Adamczyk – Grabowską żeńskiego imienia misia. Pani Irena Tuwim nazywając misia bardzo popularnym polskim imieniem męskim (w dodatku zdrobniałym) w pewnym sensie ułatwiła sobie pracę. Pominęła więc kłopotliwą dla tłumacza rozmowę narratora z Christopherem. Sprawiła również, że imię, które dostał miś szybko zyskało popularność wśród dzieci. Jest łatwe do wymówienia i nie budzi złych skojarzeń, które wywołuje zbitka spółgłosek fr w słowie Fredzia.



I po co to wszystko?
Motywy tłumaczy, aby ponownie podjąć się tłumaczenia już raz przetłumaczonego dzieła są naprawdę różne. Wątpię, aby Monika Adamczyk – Grabowska sądziła, że Polacy nagle uświadomią sobie błędy jakich dopuściła się Irena Tuwim, wpadną w amok i zaczną mamrotać pod nosem przekleństwa pod jej adresem. Sama autorka powtórnego przekładu twierdzi jedynie, że chciała rzucić na utwór inne światło. Przy okazji oczywiście wytykając trochę błędów poprzedniczce. Aktualizacja przekładów i próba dostosowania ich do współczesności jest istotna i istnieje wiele dzieł, którym powtórny przekład mógłby dać drugie, nowe życie. Ludzkie myślenie ciągle się zmienia, warto więc pracować nad tym, aby społeczeństwo mogło ponownie zinterpretować starsze utwory. Znaleźć w nich coś na co nie wpadły poprzednie pokolenia. Niektóre przekłady mogą budzić kontrowersje tak jak wspomniana wyżej Fredzia Phi Phi, inne mogą zyskać większą sławę niż poprzednie przekłady. Najbardziej jednak w tym wszystkim jest to, że świat literatury ciąglę się bogaci, bo powiew świeżości i współczesności czasami jest potrzebny.  

Strona główna
1
Share

Jak trafnie zauważył Stephen King we wstępie do Dziewczyny z sąsiedztwa tytuł wskazuje na „głupkowate, pogodne romansidło, spacery w świetle księżyca, potańcówki w szkole”. Niech cię jednak, drogi czytelniku, nie zwiedzie pierwsze skojarzenie. W książce nie znajdziesz duchów, wampirów czy wilkołaków. Spotkasz tam o wiele gorszego potwora.

Meg i Susan są siostrami ocalałymi z wypadku samochodowego, w którym zginęli ich rodzice. Dziewczynki wprowadzają się na przedmieścia, do domu swojej ciotki Ruth, która mieszka wraz z trójką synów. Wkrótce wyjdzie na jaw, że siostrom nie będzie dana możliwość prowadzenia spokojnego życia. Bardzo dokładnie poznają jednak zawilgoconą piwnicę, sznur i ataki szału ciotki. Szaleństwo będzie ogarniało coraz większość liczbę ludzi. A siostry zostaną zdane na łaskę chłopca, który wciąż się waha między poddaniem się szaleństwu, a uratowaniu sióstr z piekła.
Ból może działać od zewnątrz.
Mam na myśli to, że czasem to, co widzisz, jest bólem. Bólem w najokrutniejszej,najczystszej formie. Bez lekarstw, snu czy nawet szoku lub śpiączki,które mogłyby cię otumanić.
Dziewczyna z sąsiedztwa to nie jest arcydzieło. To po prostu dobrze napisana książka, która przeraża swoją treścią. Mrozi czytelnikowi krew w żyłach, pokazuje mrok jaki może kryć się w człowieku i potworności na jakie ten może się zdobyć. Pod koniec książki błagałam, aby to się już skończyło, po cichu przeklinałam autora, że pokazał mi taką stronę człowieka.
Złość, nienawiść i samotność są niczym pojedynczy przycisk, czekający na palec, który poprowadzi człowieka do destrukcji.
Jack Ketchum zaprezentował nam w swojej książce korowód czarnych postaci. Skupię się tutaj głównie na Ruth, ciotce dziewczynek, która stanowiła epicentrum zła. Rzucała od czasu do czasu złotymi myślami typu: „Duma prowadzi do upadku.” lub „Wszystko, co musicie zrobić, to być mili dla kobiety, a ona zrobi dla was wszystkie miłe rzeczy, jakie tylko chcecie.”. I wierzcie mi, nie miała na myśli laurki. Ruth była kobietą złamaną przez życie. Porzucona przez męża, została sama z trójką dzieci. Ketchum daje przykład tego, że mrok, ten najgorszy z możliwych, gromadzi się właśnie w ludziach, którzy nie potrafią pogodzić się z przeszłością. Tłumią w sobie żal, gromadzą negatywne emocje, które potrzebują jedynie impulsu, katalizatora, który je uwolni. Puszka Pandory. Zło rozlewa się na innych ludzi. A im go więcej tym silniejsze się staje, tym trudniej nad nim zapanować i je powstrzymać.

Pociesza mnie w tym bagnie tylko jedna rzecz. Akcja utworu przypada na lata 50. To czas, w którym człowiek bardzo cenił swoją prywatność. To co dzieje się za moimi drzwiami nie powinno was obchodzić, to nie wasza sprawa, to nie wasz zakichany interes. „Nie wspominaj o tym.” – to słowa, które Ruth skierowała do głównego bohatera. Tak bardzo się cieszę, że czasy się zmieniły. I trzymam w sercu nadzieję, że dziś do sytuacji przedstawionej w książce by nie doszło. Zło jednak zawsze znajdzie inny sposób. Bo czy mało jest krzywdy na świecie?

Jack Ketchum, Dziewczyna z sąsiedztwa,  przeł. Łukasz Dunajski, Wydawnictwo Papierowy Księżyc 2016.
Strona główna
2
Share

Sankt Petersburg, Piter, Wenecja Północy i druga stolica Rosji. Te i inne określenia pojawiają się w rozmowach o mieście założonym przez cara Piotra I w XVIII wieku. Prawdą jest, że car poświęcił tysiące istnień ludzkich, aby spełnić swoje marzenie o wrotach Rosji szeroko otwartych na Europę. Ofiara, strata i poświęcenie towarzyszą miastu od samego początku. Petersburg stanowił tło dla wielu utworów znanych i mniej znanych pisarzy, którzy widzieli w nim przede wszystkim miasto zamieszkane przez zabieganych urzędników. Piter powraca do nas ponownie. Tym razem na wycieczkę po Piotrogrodzie — w klimacie noir — zabierają nas autorzy czternastu opowiadań, zebranych w zbiorze Petersburg noir.
Myła się godzinę rano i godzinę wieczorem, zmywając z siebie brud, dwa razy dziennie zmieniając się w czystego anioła.
Miasto Piotra Wielkiego od lat cieszy się złą sławą wśród twórców. Już Nikołaj Gogol w swoich Opowiadaniach petersburskich nakreślił nam szkic miejsca, gdzie przyjezdnym brutalnie odbierane są marzenia, a człowiek, głęboko wierzący w wyznawane przez siebie wartości, zmienia się w bezdusznego łajdaka, dla którego liczy się tylko kariera. Czytelnik bez trudu jest w stanie wyłuskać z opowiadań tę ciemną stronę miasta, która wydziera z rąk marzenia.
- Kobiety o wiele bardziej boją się psów – podsumował Czełnokow. Psy nie są im dłużne: w głębi duszy kobiety to przecież kotki.
Dzięki autorom Petersburga noir, m.in. Antonowi Czyżowi, Jewgienijowi Koganowi, Władimirowi Bieriozinowi, Andriejowi Rubanowowi, Annie Sołowiej czy Julii Biełomlińskiej, nie tylko zwiedzamy mroczne zakątki samego miasta, ale poznajemy także rozmaitych bohaterów — bandytów, złodziei czy narkomanów, którzy — kierowani wewnętrznym, niemal zwierzęcym instynktem — pogrążają się w chaosie. W ich duszach czai się zło. Wśród bohaterów nie brakuje również postaci, których prototypów należy szukać w rosyjskich bylinach. Jedne działają w służbie dobra, przypominając rozpustnym petersburżanom o zbrodniach, których się dopuścili i wymierzając im zasłużoną karę. Inne natomiast, ukrywając się w podziemiach Petersburga, zawierają krwawe pakty. Czternaście opowieści to także kompendium wiedzy i niebanalny poradnik. To z nich dowiemy się, czym zajmuje się przeciętny policjant na służbie, wyciągniemy pomocną dłoń do człowieka wyławiającego trupy ze skutej lodem rzek i zostaniemy mistrzami w zabawie w chowanego na ulicach, po których spacerował Raskolnikow.
Gdy patrzysz w lustro, nigdy nie wiesz , jakiego zobaczysz potwora.
Nietrudno zauważyć, że autorzy Petersburga noir kreślą najczęściej obraz człowieka, który żyjąc w Petersburgu wyzbywa się większości ludzkich uczuć. Celem nadrzędnym stają się dla niego korzyści materialne i sukces. Rodzina i najbliższe otoczenie schodzą na dalszy plan, przestają być ważni. Jednak już po lekturze kilku opowiadań można przypuszczać, że opisywani bohaterowie nie muszą koniecznie być mieszkańcami Petersburga. Świat, który nas otacza, niejako zmusza nas do tłumienia uczuć i obojętności wobec innych. Człowiek chce przetrwać. Nierzadko obce są mu współczucie i empatia w myśl zasady: kto będzie współczuł mi? Gonitwa za karierą i pieniędzmi sprawia, że w każdym z nas drzemie cząstka mrocznej duszy petersburżanina, która jedynie czeka na odpowiedni moment, by się ujawnić.

Petersburg Noir, red. Julia Goumen, Natalia Smirnowa, przeł. Grzegorz Szymczak, Wydawnictwo Claroscuro 2015.
Strona główna
0
Share

Przemysław Kossakowski zabiera czytelnika w podróż po Polsce, Ukrainie oraz Rosji. W podróż  wyjątkową, bo doświadczyć na własnej skórze znachorskich praktyk nie udaje się każdemu tak z dnia na dzień. W trakcie podróży reporter zadaje pytania, na które odpowiedzi poszukuje niemal każdy z nas. Czy uda mu się je odnaleźć podróżując między Europą i Azją?

„Nie jestem fanką reportaży.” – dokładnie to miałam w głowie rozsiadając się na kanapie w pokoju z książką Na granicy zmysłów w rękach. W sumie, to z czystym sercem mogę przyznać, że ich nie lubię. Bardzo rzadko natrafię na odpowiednio ciekawy temat, który przykuje moją uwagę. Preferuje powieści. Jedna historia pozwala mi wczuć się w klimat, wtedy odpoczywam. Jako umiarkowany przeciwnik reportaży sięgnęłam jednak po książkę Przemka Kossakowskiego z kilku powodów. Oto i one:

1.   Temat niekonwencjonalnych sposobów leczenia, szeptunek, znachorów, szamanów jest ciekawy. Nie okłamujmy się. To fajna zabawa. Tak na pierwszy rzut oka.

2.   Reporter w swoich poszukiwaniach dotarł aż na Ukrainę i do Rosji. Nie mogłam tego zbagatelizować. Rdzenne ludy zamieszkujące Syberię i ich wierzenia to temat rzeka.

3.   Liczyłam, że pokonam dystans jaki powstał między moją osobą, a reportażami.

Nie mogę powiedzieć, że  się zawiodłam. Reportaże w większości mi się podobały. Napisane zostały w bardzo przyjazny dla czytelnika sposób. Czułam się trochę jakbym siedziała sobie w kawiarni z Panem Przemysławem i gawędziła o tym jak to miał pić ten mocz, ale jednak coś nie pykło. Luźny sposób wypowiedzi autora sprawia, że dystans między nim, a czytelnikiem praktycznie nie istnieje. 
Człowiek bardzo często reaguje śmiechem, kiedy czegoś nie rozumie. Intensywność śmiechu wzrasta proporcjonalnie do braku zrozumienia. W tej sytuacji mamy taki poziom braku zrozumienia, że, no cóż... może jednak powinienem rozważyć utratę przytomności.
Ogromnym plusem był dla mnie humor, którym okraszona została większość reportaży. Kossakowski posiada jednak tendencje do prowadzenia gry z czytelnikiem. Momentami reporter balansuje między żartem, ironią, a powagą i naprawdę ciężko jest wyznaczyć granicę między nimi. A przecież jak by nie patrzeć Na granicy zmysłów to książka, która porusza tematy bardzo kontrowersyjne. Takie, o których mówić czytelnik nie chce, nie ma ochoty, są one na tyle niewygodne, że lepiej je przemilczeć, odłożyć na bok, na inny dzień, miesiąc , a nawet rok. Ludzie boją się myśleć, a co dopiero mówić i dyskutować o śmierci, duchach, klątwach i opętaniu. Takie tematy do dziś są zmorą polskiego (i nie tylko) społeczeństwa. Czasami czytelnik może odnieść wrażenie, że humor, którym posłużył się reporter nie pasuje do poruszanych przez niego spraw. Moim zdaniem równowaga między delikatnym humorem, który ubarwia opowieść, a kpiną i prześmiewczym, momentami bluźnierczym tonem nie została przekroczona. Co więcej! Humor Pana Przemysława pomaga czytelnikowi nie traktować wszystkiego ze śmiertelną powagą. Owszem, zasiewa małe ziarno refleksji u odbiorcy co potwierdza, że swoje zadanie Pan Przemysław wykonał dobrze.
Sądzę, że dobrze nie mieć zbyt wielu oczekiwań, wyobrażeń. Życie zawsze się z nimi rozmija, a my nie jesteśmy w stanie tego zaakceptować. Nie wiedzieć skąd, jest w człowieku roszczenie, że musi być tak, jak on chce. Kiedy jest inaczej, traktuje to jako zawód, nawet jeżeli to, co się wydarzyło, jest lepsze niż to, co zaprojektował. Oczekiwania. Oczekiwania i roszczenia.

Na granicy zmysłów to pewnego rodzaju katalog usług, który Kossakowski nam podarował. Zawiera on opis, mniej lub bardziej skutecznych, niekonwencjonalnych sposób leczenia, którymi posługują się znachorzy. Usługi w większości zostały przetestowane na własnej skórze reportera. Jeśli jesteście ciekawi, które z nich poskutkowały i czy w ogóle gra była warta przysłowiowej świeczki sięgnijcie po tę książkę. Gorąco polecam!

Strona główna
0
Share
Nowsze posty Starsze posty Strona główna
Bookchilling

Znajdziecie mnie na:

  • Facebook
  • Instagram

Popularne posty

  • Chłopak na zastępstwo
      Czy macie czasami problem z oceną własnej wartości? Miewacie dni kiedy jedyne czego potrzebujecie oprócz porannej kawy to kilka słów ...
  • W krainie kolibrów
    Kobiety rządzą światem. Można uznać to za sprawdzoną i potwierdzoną wiedzę. Przecież za każdym przywódcą stoi jego żona, kochanka, siost...
  • Kredziarz
    Mówi się, że każdy z nas skrywa jakieś tajemnice. Mroczna strona ludzkiej osobowości w różnych przypadkach, daje o sobie odpowiednio znać. ...

Obserwatorzy

2016 Reading Challenge

2016 Reading Challenge
Gabriela has completed her goal of reading 50 books in 2016!
hide
56 of 50 (100%)
view books

Archiwum bloga

  • ▼  2018 (1)
    • ▼  lutego (1)
      • Kredziarz
  • ►  2017 (1)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2016 (31)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (3)
    • ►  września (7)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (8)
Jedyny w swoim rodzaju blog książkowy!. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

  • Rick Riordan
  • Colleen Hoover
  • Diana Gabaldon
  • Donna Tartt
  • Geraldine Brooks
  • Graham Masterton
  • Hanya Yanagihara
  • Jack Ketchum
  • Jasmine Warga
  • Kasie West
  • Kim Holden
  • Maja Lunde
  • Michael Scott
  • Przemysław Kossakowski
  • Raphael Montes
  • Sofia Caspari
  • Stephen King
  • Victoria Aveyard
  • Wacław Radziwinowicz

Prawa autorskie

Wszystkie zdjęcia oraz teksty opublikowane na blogu są moją własnością. Zgodnie z DZ. U z 1994r. nr 24 poz. 83 posiadam prawo ich ochrony, a związku z tym nie wyrażam zgody na kopiowanie i rozpowszechnianie treści bloga bez mojej zgody.

Jesteśmy RR!

Jesteśmy RR!
zBLOGowani.pl

Inne

  • booktour
  • liebster blog award
  • o tych co w cieniu
  • podsumowanie
  • praca zbiorowa
  • recenzja
  • rereading
  • wyzwanie
Copyright © 2016 Bookchilling

Created By ThemeXpose & Distributed By Free Blogger Templates